Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Niedocenione ’98 - Michał Fedorowicz

Michał Fedorowicz, czyli Kulturą w płot. Wyciąga z sieci zapierające dech w piersi zdjęcia, pisze, udziela się w radiu i telewizji. Autor książki z tytułem zaczerpniętym z nazwy bloga, aktywny na swoim fanpejdżu i twitterze. Na Po napisach pojawia się po raz drugi (Niedocenione ’97 Michała, znajdziecie tutaj). Dzisiaj, ponieważ w tym roku poruszamy się w obrębie ósemek, rok 1998 i trzy filmowe propozycje zaproszonego gościa.

A Simple Plan / Prosty plan (1998), reż. Sam Raimi

Przyznam szczerze, że o istnieniu tego filmu dowiedziałem się… przedwczoraj, robiąc research do tekstu, który właśnie czytacie. Chociaż 1998 był rokiem, kiedy stawałem się już w pełni świadomym widzem, z zaskoczeniem odkryłem, że obejrzałem jeden z lepszych dramatów kryminalnych z blisko dwudziestoletnim poślizgiem! Co więcej, jeszcze większym zaskoczeniem był dla mnie fakt, iż jego reżyserem jest kojarzony głównie z horrorami i nieudaną trylogią o Człowieku-pająku Sam Raimi. Bill Paxton, Billy Bob Thornton i ten trzeci, którego nazwiska raczej niewielu kojarzy (Brent Briscoe) przypadkiem natrafiają na wrak samolotu, w którego wnętrzu znajdują torbę z ponad czterema milionami dolarów. Plan, jak w tytule filmu, jest prosty: chcą zatrzymać pieniądze, wierząc, że nikt się o nie nie upomni. Niestety nic nie jest tak proste, jak się wydaje, i wkrótce, gdy w miasteczku zaczyna węszyć FBI, bohaterowie tracą do siebie zaufanie, co prowadzi do dość nieoczekiwanych i mocno dramatycznych konsekwencji. Film Raimiego porównuje się nieco niesprawiedliwie do Fargo (nazywając go nieco gorszą kopią dzieła Coenów), na podobnej zasadzie, jak Dom zły Smarzowskiego również nazywa się jego polskim odpowiednikiem. Prosty plan jest jednak na tyle odrębną historią, z na tyle dużą domieszką dramatu niemal szekspirowskiego (skojarzenia z Makbetem dzięki roli Bridget Fondy są jak najbardziej na miejscu), że warto dać mu szansę. Odpłaci nam z nawiązką.

The Faculty / Oni (1998), reż. Robert Rodriguez

Chyba najlepszym określeniem tego, jakim filmem jest The Faculty, znalazłem w recenzjach tegoż na IMDb.com. Otóż wyobraźcie sobie skrzyżowanie Klubu winowajców (kultowego młodzieżowego The Breakfast Club) oraz Inwazji porywaczy ciał czy też The Thing – połączenie, z którego na pozór nie mogło wyjść wiele dobrego, jednak które ostatecznie zadziałało nawet lepiej niż dobrze. Za kamerą Robert Rodriguez, przed kamerą w roli uczniów Elijah Wood (na 3 lata przed Frodem!), Jordana Brewster (na 2 lata przed Szybkimi i wściekłymi), Josh Hartnett (na dwa lata przed Pearl Harbor), a nauczycieli: Salma Hayek, Famke Janssen, Robert Patrick i Jon Stewart. Z taką obsadą nawet najbardziej nieudany film mógłby po latach zostać uznany za kultowy. Tymczasem Oni, bo tak brzmi tytuł polski tej produkcji, ciekawią od pierwszej do ostatniej minuty i nawet ponowny seans po 20 latach od premiery wciąż daje wiele radości. No bo jak tu nie pokochać prostej historii o nastolatkach, słusznie podejrzewających swoich szkolnych wychowawców o bycie istotami z innej planety? The Faculty jest jednocześnie zabawne, straszne, nieco naiwne, ale nigdy nie schodzi poniżej solidnego, Rodriguezowego poziomu. Nie ukrywajmy – nie jest to arcydzieło, ale na pewno można je zakwalifikować do produkcji, które nie zostały odpowiednio docenione, mimo iż przez dwie dekady od jej premiery, nie widzieliśmy w kinie wielu podobnych filmów. A szkoda. Bo Oni, choć trudno w to uwierzyć, zacne grono osób, do którego autor niniejszych wypocin się zalicza, uważa za dzieło kultowe.

Dark City / Mroczne miasto (1998), reż. Alex Proyas

„Ale jak to?”, zapytacie. Dark City niedocenione? Przecież to klasyka! Owszem, może i jest to klasyka, ale w chwili premiery film przemknął przez kina raczej niezauważony i dopiero premiera Matriksa rok później zwróciła uwagę widzów na dzieło Alexa Proyasa. To właśnie miłośnicy obrazu Wachowskich w poszukiwaniu czegoś podobnego sięgnęli po mroczne sci-fi z Rufusem Sewellem w roli głównej i odkryli… że twórcy Matriksa zdecydowanie przegięli z inspirowaniem się Mrocznym miastem. Owszem, przygody Neo było mimo wszystko zdecydowanie bardziej osadzone w rzeczywistości czy współczesności, przez co też były pewnie zdecydowanie bardziej przyswajalne przez widzów, ale to Dark City pokazało, co można zrobić z ogranym od dekad gatunkiem, przerabiając je na prawdziwy wizualny majstersztyk. W świecie bez słońca, z bohaterem bez wspomnień, poszukiwanym za morderstwa, o których nie ma pojęcia, balansującym na granicy snu i jawy widz odnajdzie dla siebie równie dużo, jeśli nie zdecydowanie więcej niż w techno-dystopii od wówczas braci, a obecnie sióstr o swojsko brzmiącym nazwisku. Jeśli jeszcze nie mieliście przyjemności, a szukacie produkcji, o której myśleć będziecie jeszcze wiele dni po seansie, Mroczne miasto to kierunek, w którym powinniście podążać.