Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Slender Man - Strzeż się postaci z mema

Film o najsłynniejszym straszydle z Internetu okazał się ogromną klapą. Obraz, który miał realną szanse trafić na listę najlepszych horrorów 2018 roku zapewne będzie otwierał inną listę – największych filmowych rozczarowań. Co poszło nie tak? Przede wszystkim twórcom zabrakło tego, co powinno cechować ludzi, którzy chcą robić straszące widzów filmy – odwagi.

Odbicie epoki.  

Każdy okres ma swoich bogeymanów, oni zaś zawsze są pewnym socjologicznym lustrem, w którym może się przejrzeć dana epoka. Ciekawym tego przykładem są Stany Zjednoczone w latach 70. i 80. XX wieku, gdzie kino grozy stanowiło swoistą popkulturową reakcję na rewolucję seksualną. Ogromną popularnością, zwłaszcza w latach 80. zaczęły cieszyć się filmy reprezentujące podgatunek horroru znany jako „slasher”, który w swojej klasycznej wersji był nośnikiem bardzo konserwatywnej ideologii. W rezultacie powstało mnóstwo filmów o mordercach w maskach, którzy zabijają zwykle rozwiązłą seksualnie i pijącą alkohol amerykańską młodzież „usuwając” ją w ten sposób ze „zdrowej, konserwatywnej społecznej tkanki”. Najsłynniejszymi przedstawicielami tego nurtu byli Michael Myers z serii filmów Halloween zapoczątkowanej w 1978 toku oraz Jason Voorhees z serii Piątek trzynastego zapoczątkowanej w 1980 roku (był jeszcze Freddy Krueger z Koszmaru z ulicy Wiązów, ale o nim warto by było napisać osobny tekst). Karanie nastolatków za „nieobyczajne” zachowania (uprawianie seksu, imprezowanie, picie alkoholu) było jednym z cech charakterystycznych filmów reprezentujących ten podgatunek. Choć sam slasher przez lata znacząco ewoluował w stronę coraz bardziej postmodernistyczną, a jego konserwatywne doktryny zostały wyśmiane, choćby w znakomitym Krzyku nieodżałowanego Wesa Cravena, to jednak postaciami ciągle żywymi w popkulturze pozostają zamaskowani mordercy z klasycznych horrorów o unicestwianych nastolatkach. O niezwykłej „żywotności” Michaela Myersa będziemy się mogli przekonać już pod koniec października oglądając, 40 lat po premierze oryginału, kolejny sequel Halloween. Jednak w XXI wieku Voorhees, czy Myers budzą raczej nostalgię u starszych widzów, niż strach u młodszych. Dla pokolenia, które nie pamięta czasów przed Internetem dużo straszniejsze okazały się postacie lepiej pod to medium sformatowane. Taką postacią bez wątpienia jest Slender Man, postać z… internetowego mema. Jeśli charakterystyką czasów Internetu jest pewna niemoc poznawcza wynikająca z zatrzęsienia różnych, często sprzecznych ze sobą informacji oraz punktów widzenia, to jest to postać będąca ciekawą manifestacją tej niemocy. Intencje Slender Mana są nieznane. W sieci przeczytać możemy: „Nie wiadomo, czy pochłania, zabija lub porywa swoje ofiary do nieznanych miejsc lub innych wymiarów, gdyż nie ma żadnych dowodów lub śladów do wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków.” W odróżnieniu od przywoływanych przeze mnie zabójców z klasycznych slasherów Slender Man nie jest nośnikiem żadnej ideologii, a można nawet powiedzieć, że jest w pewnym sensie postacią post-ideologiczną. To figura zarazem otwarta na interpretacje jak i unikająca jednoznacznej klasyfikacji. Jak się narodziła?

Z mema do masowej wyobraźni. 

Slender Man to postać pochodząca z tzw. Creepypasty, czyli krótkiej fikcyjnej historii, rozpowszechnianej za pomocą Internetu, zachowującej przy tym wrażenie autentyczności, a mającej na celu przestraszenie czytelnika. Historia Smukłego Mężczyzny z nienaturalnie długimi rękomi lub mackami, ubranego w czarny garnitur i nie posiadającego twarzy, rozpoczęła się w 2009 roku od konkursu ogłoszonego na amerykańskiej stronie internetowej „Something Awful”. Zadaniem uczestników było takie spreparowanie zwyczajnych zdjęć, by wyglądały na fotografie zjawisk paranormalnych.

Jednym z użytkowników był Eric Knudsen używający nicku Victor Surge. Przedstawił on sugestywny fotomontaż czarnobiałej fotografii z lat 80. Zdjęcie przedstawiało grupę dzieci, która wyglądała jakby przed kimś uciekała. Za nimi autor dokleił niepokojąco wyglądającą postać. Wysoką, ubraną na czarno, nadnaturalnie smukłą, bez twarzy – było to pierwsze „zdjęcie” Slender Mana. Do całości Knudsen dopisał historię o ”zniknięciu grupy dzieci oraz fotografa”. Zdarzenie to rozpoczęło coś, co nazwać możemy efektem kuli śniegowej. W sieci zaczęły pojawiać się kolejne zmontowane zdjęcia oraz kolejne opowieści o Slender Manie. Fani stopniowo dopisywali do tej historii kolejne rozdziały oraz nadpisywali kolejne wątki tworząc swoistą mitologię.

W 2012 roku pojawiła się darmowa gra komputerowa Slender: The eight pages, w której gracze musieli przemierzać mroczny las i znaleźć 8 stron manuskryptu zanim dopadnie ich Slender Man. Mimo prostej rozgrywki gra odniosła ogromny sukces i przez wielu została uznana za najstraszniejszą grę 2012 roku. Doczekała się komercyjnych kontynuacji (formalnej o podtytule Arival i nieformalnej o tytule HAUNT: The Real Slender Game) oraz niezliczonej ilości bezpłatnych klonów (gdzie np. zamiast po lesie błąkamy się po opuszczonym szpitalu). W sieci pojawiły się kolejne, niepoliczalne wręcz, ilości materiałów – od gameplayów z gier przez kolejne „informacje” przybliżające postać Slender Mana. Opowieści przekazywane z ust do ust od zarania dziejów cieszą się gigantyczną popularnością, tu dodatkowo społeczność miała nowe narzędzie – Internet. Przy jego pomocy opowieści mogły być przekazywane dużo szybciej i na niespotykaną wcześniej skale. Wokół postaci Slender Mana narosła swoista mitologia napędzana przez miejskie legendy i teorie spiskowe. Część odbiorców, którzy zetknęli się z tematyką Slender Mana, zaczęła wierzyć, że to postać autentyczna. Ktoś widział Slender Mana w jednym miejscu, inna osoba gdzie indziej. To właśnie wirusowe roznoszenie się po Internecie pomogło budować legendę tej postaci. Można powiedzieć, że zbiorowa wyobraźnia spowodowała, że postać z mema ożyła i zawładnęła wyobraźnią wielu ludzi. Przyjaciel socjolog powiedział mi kiedyś, że gdy jesteśmy dziećmi część z nas wierzy w św. Mikołaja, później, gdy dorastamy, dowiadujemy się, że on nie istnieje. Jednak ci z nas, którzy wybierają studia socjologiczne, dowiadują się, że św. Mikołaj istnieje, ponieważ ma skutki w postaci prezentów na Boże Narodzenie. Slender Man również zaczął „mieć skutki” i to także te tragiczne. W 2014 dwie 12-latki w Wisconsin zwabiły swoją koleżankę z klasy do lasu, gdzie chciały ją złożyć w ofierze Slender Manowi. Zadały jej 19 ciosów nożem, na szczęście dziewczynce udało się przeżyć. Sprawa wywołała ogromne poruszenie w USA.

Nieudany film. 

To, że Hollywood postanowi sięgnąć po Slender Mana, pozostawało tylko kwestią czasu. Zadania tego podjęło się studio należące do Sony – Screen Gems. Scenarzystą obrazu został David Birke, autor scenariusza do wielokrotnie nagrodzonego Elle Paula Verhoevena, a za kamerą stanął, znany głównie z reżyserowania seriali, Sylvain White. Film opowiada historie czterech przyjaciółek z liceum: Wren (Joey King), Hallie (Julia Goldani Telles), Chloe (Jaz Sinclair) i Katie (Annalise Basso), które postanawiają dla zabawy wykonać rytuał przyzywający potwora z miejskich legend – Slender Mana. Jak to często w tego typu produkcjach bywa, rytuał się udaje, a przywołany stwór zaczyna prześladować bohaterki.

Wokół powstania filmu od początku były ogromne kontrowersje. Przeciwko jego realizacji konsekwentnie protestował ojciec jednaj z tych trzech dziewczynek, które chciały Slender Manowi złożyć w ofierze swoją koleżankę, zarzucając twórcom żerowanie na tragedii oraz twierdząc, że film może doprowadzić do kolejnych tragedii. Kontrowersje wokół produkcji spowodowały, że jedna z sieci amerykańskich kin zdecydowała się nie wyświetlać filmu w dwóch hrabstwach stanu Wisconsin. Ostatecznie producenci uznali, że film należy znacząco przerobić, by nie był… zbyt straszny. Zmieniono oryginalną historię i usunięto z obrazu wiele scen, które mogły być zbyt przerażające dla młodszej widowni (stąd część scen z trailera nie zobaczymy w filmie). Zmiany i cięcia odbiły się mocno na jakości filmu. Każdy widz bez problemu dostrzeże całe masy nieścisłości, dziur fabularnych, pourywanych wątków oraz postaci, które nagle znikają z ekranu bez zamknięcia swojego wątku. Przez to historia sprawia wrażenie, w wielu miejscach, zwyczajnie pourywanej. Dodatkowo powoduje to, że wielokrotnie eksploatowane w kinie grozy motywy i zdarte filmowe klisze z których, na dobrą sprawę, składa się ten film są jeszcze bardziej widoczne. Słabo wyglądają również sceny, które mają straszyć. Nawet w tych momentach, gdzie zdają się być nieźle pomyślane, to w chwili, kiedy narażałoby trochę „dodać gazu” i puścić wodze mrocznej części wyobraźni, twórcy asekuracyjnie „wciskają hamulec”. W rezultacie Slender Man nie sprawdza się nawet jako bezmózgi straszak, przy którym nie trzeba myśleć (a nawet nie jest to wskazane), ale można kilka razy ze strachu podskoczyć na fotelu. Brakuje tu nie tylko struktury narracyjnej, ale zwyczajnie – opowieści. W najlepszych, nielicznych fragmentach filmu, White kreśli tytułowego stwora na granicy bytu realnego oraz postaci będącej tworem zbiorowej psychozy. Momentami też podkreśla jego generacyjną tożsamość. Niestety, przez większość filmu jest to postać zwyczajnie bez właściwości.

Dwie drogi 

Poza producenckimi cięciami, które bardzo zaszkodziły filmowi, dzieło White’a cierpi na jeszcze jeden istotny problem. Ciężko jest zrobić film o Slender Manie, bo nie ma jednego Slender Mana. Brak sztywnego kanonu (bo nic na dobrą sprawę nie wiadomo, gdyż „nie ma żadnych dowodów lub śladów do wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków”) powoduje, że postać ta „istnieje wielokrotnie” i każdy, kto się zetknął z jej mitologią ma swojego własnego Slender Mana. Istotą tej historii jest fakt, że była ciągle nadpisywana przez kolejne osoby. O ile siłą Slender Mana, jako postaci z Internetu, była właśnie jego przezroczystość i nieokreśloność, o tyle w sytuacji postaci z filmu te same cechy działają jako słabość. Świadomi tego mankamentu twórcy mogliby ratować się na dwa sposoby. Po pierwsze można było wypełnić te wszystkie niezapisane karty własną treścią tworząc nową mitologie na bazie tej istniejącej. W ten sposób twórcy opowiedzieli by nam o „swoim” Slender Manie i choć najbardziej zagorzałym fanom mogłoby się to nie spodobać, to jednak, jestem przekonany, że ciekawa próba interpretacji tej postaci wyszła by filmowi na dobre. Drugim sposobem, który dla mnie byłby jeszcze ciekawszy, jest próba pójścia o poziom wyżej i zamiast filmu o Slender Manie stworzyć film o fenomenie Slender Mana. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że ten postulat został już zrealizowany za sprawą filmu dokumentalnego Beware the Slenderman z 2016 roku, jednak sądzę, że ta postać, jej fenomen i narosła wokół niej mitologia, to świetny materiał na horror psychologiczny. Opowieść o fejk newsie, który staje się rzeczywisty w tym sensie, że „ma prawdziwe konsekwencje”. W dobie często niedorzecznych teorii spiskowych, wspomnianych fejk newsów i post prawdy, w które wierzy wielu ludzi (w końcu żyjemy w dobie chaosu informacyjnego, a w coś wierzyć trzeba), taki zanurzony w popkulturze film mógłby się okazać bardzo cenny. Niestety, Slender Man z 2018 nie jest takim filmem. Jest obrazem o niczym, po nic i dla nikogo.

Marek Nowak
marekn_@poczta.onet.pl