PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Człowiek zwany Ciszą (1968)

Il grande silenzio - Człowiek zwany ciszą - 1968

Człowiek zwany Ciszą nie zaczął się zbyt dobrze. Po raz kolejny pokutuje tutaj dograny dubbing i postsynchrony, które brzmiały po prostu sztucznie. Nienaturalnie wysokie piski, wzdychanie czy jęki westernowych ofiar. To po prostu brzmi źle i zawsze powoduje u mnie niesmak. Tym bardziej muszę docenić produkcję, która pomimo tego zgrzytu wciągnęła mnie bez reszty i po kilkunastu minutach zapomniałem o tym, co zawsze mi przeszkadzało.

Nie wiem, jak bardzo na ocenę wpłynął finał filmu. Być może właśnie przez pryzmat epilogu oceniłem Człowieka zwanego Ciszą, jako obraz rewelacyjny. Taka końcówka wchodzi u mnie automatycznie do ścisłego finału „filmowych finałów wszech czasów”.


Na obszarze, na którym dzieje się akcja filmu (a może i dalej), rozeszła się legenda o rewolwerowcu niemowie. Honorowy człowiek zwany Ciszą (Jean-Louis Trintignant), który strzela tylko w samoobronie i nienawidzi łowców nagród. Dlaczego? To człowiek zrodzony z zemsty, choć zemsty nie szukający. To znaczy nie podporządkował całego swojego życia szukaniu ulgi i próbie znalezienia winnych. Powinien. Był świadkiem morderstwa matki i ojca. Bandyci nie zabili jednak chłopca, a pozbawili go możliwości opowiedzenia o tych wydarzeniach. Poderżnęli mu gardło w nadziei, że na zawsze zyskają spokój ducha. To był błąd. Z wielką blizną na szyi kroczy pośród żywych, a gdy przyjdzie ta chwila i nadarzy się okazja przyjdzie czas na wymierzenie sprawiedliwości. Czyżby?

Il grande silenzio - Człowiek zwany ciszą - 1968
Szybko poznajemy tego złego. Czyżby? Przecież Loco (Klaus Kinski) zabija bandytów w świetle prawa. Za każdego jest wyznaczona nagroda i Loco ani myśli zabić niewinnego (czytaj nie występującego na listach gończych) człowieka. Inna sprawa, że bandytą jest czarny mężczyzna, mąż i jedyny żywiciel rodziny, który coś tam kiedyś ukradł. Co z tego, że bandytami są określani biedni wykolejeńcy szukający po prostu jadła i schronienia. Hej, takie jest prawo. Loco musi się spieszyć, gdyż chodzą słuchy, że ów bandytów ma objąć nadchodząca amnestia.

Il grande silenzio - Człowiek zwany ciszą - 1968
Reżyser Sergio Corbucci szybko krzyżuje drogi dwóch antybohaterów. No, bo umówmy się, czyny obu mogą drażnić sumienie niejednego obrońcy moralności. Cisza jest wynajmowany przez bandytów i zabija łowców nagród. Łowca nagród zabija bandytów nie tracąc czasu na czytanie pierwszego członu na rozlepianych listach gończych… Żywy lub Martwy. Loco zawsze dostarcza tych martwych. Kolejnym zleceniem Ciszy zostaje Loco, który to dostaje ofertę zabicia Ciszy… Pikanterii sytuacji dodaje fakt, że mamy w tym przypadku klasyczny przykład patowej sytuacji. Legenda, którą owiana jest szybkostrzelność Ciszy jest tak wielka, że nawet Loco zdaje się mieć opory przed przystąpieniem ot tak do pojedynku. Postanawia nie narażać się niemowie wiedząc, iż ten dobywa broni tylko w samoobronie.

Il grande silenzio - Człowiek zwany ciszą - 1968
Pierwsza rzecz, którą widzimy w rozpoczynającym się seansie jest śnieg. Dla widza (jak ja) kojarzącego spaghetti westerny i westerny, śnieg jest czymś nowym. Spalone słońcem, ciągnące się po horyzont prerie wydają się być znakiem rozpoznawczym w tym filmowym gatunku. Czy Corbucci podjął tym samym ryzyko umieszczając akcję w wysokim śniegu, wśród wysokich gór, nieopodal miasteczka Snow Hill? Nie. Mając w zanadrzu taką historię i takich aktorów (którzy w finale, obok dosłownego pojedynku, stoczyli ten ważniejszy – aktorski) mógł być spokojny o odbiór wśród widzów. A odbiór jest… intensywny. Konie dosłownie toną w śniegu, broń zamarza, Cisza uzbrojony w Mausera C96 sieje postrach wśród złoczyńców, Loco sieje postrach wśród wszystkich, piękna wielkooka Pauline (Vonetta McGe) wywołuje pożądanie wśród mężczyzn, a śnieżny puch szybko przykrywa kolejne ciała.

Il grande silenzio - Człowiek zwany ciszą - 1968
Corbucci zaskakuje, gdyż nie raz w trakcie seansu pokazuje, że „filmowy” świat wcale nie musi być usiany „filmowymi” stereotypami. Pociesznego szeryfa przy pierwszej okazji zaszufladkowałem jako niedojdę, który padnie przy pierwszej zaplątanej kuli. W najlepszym wypadku ów szeryf ucieknie w kierunku cieplejszych Stanów. Błąd! Szeryf okazał się kozakiem, choć służbistą. Uczciwym urzędnikiem, o niezłych strzeleckich umiejętnościach.

No i finał. Brutalny, nieoczekiwany i… Oglądałem film ze znajomymi, wśród których znalazł się taki, który nie zdzierżył oryginalnego zamknięcia historii. Cytując dosłownie: „Tak się nie robi. Jak ja mam teraz spokojnie iść pracować?”. To prawda. Cały epilog skąpany we krwi uświadamia widzom prawdę, która od zarania dziejów niestety tragicznie się sprawdza. Bohaterowie chociaż istnieją, w pojedynkę niewiele zdziałają… Okrutny reżyser zdecydował się nakręcić finał, którego nie da się zapomnieć. Od razu muszę pospieszyć z punktem karnym dla nieżyjącego już twórcy. Ku pociesze mojego kolegi i ludności z północnej Afryki i Azji, Corbucci nakręcił alternatywne zakończenie… Mające mało wspólnego z realiami tamtego, dzisiejszego i przyszłego świata. Niestety.

9/10 - rewelacyjny

Czas trwania: 105 min
Gatunek: Western
Reżyseria: Sergio Corbucci
Scenariusz: Sergio Corbucci, Vittoriano Petrilli, Mario Amendola, Bruno Corbucci, John Davis Hart (twórca angielskich dialogów)
Obsada: Jean-Louis Trintignant, Klaus Kinski
Zdjęcia: Silvano Ippoliti
Muzyka: Ennio Morricone