PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Rape and revenge… and rape. Analiza podgatunku kina eksploatacji na przykładzie recenzji filmu "Martyrs"

Najtęższe głowy od zarania dziejów nie mogą dojść do konsensusu, czym właściwie jest sztuka. Czy mówić trzeba o niej w kategoriach czysto estetycznych, o ukrytej za formą myśli? Obydwa kryteria są jak najbardziej właściwe, jednak ja dopełniłbym trio emocjami, które dzieło wywołuje. Czy te emocje muszą mieścić się w określonym spektrum, być pozytywne? Co, jeśli dany twór kultury budzi w nas skrajną trwogę i obrzydzenie, staje się koszmarem? Czy to też jest sztuka? Jak najbardziej. Chyba jasnym jest, w stronę którego gatunku zmierza ten artykuł – będziemy mówić o horrorze.

Kino grozy przez dekady obecności na ekranie stworzyło wyjątkowo kompleksowy katalog ludzkiej krzywdy, doznawanej w równym stopniu z macek kosmicznych potworów, duchów, zombie, czy wampirów. Najbardziej przeraża jednak nie to, co w odległej galaktyce, tylko zło czające się za rogiem. Zło, którym nie kieruje atawistyczna żądza krwi, które nie przyszło z zaświatów, tylko ma miłą twarz właściciela motelu lub dwójki dobrze wychowanych młodzieńców proszących o jajka. Zło, które wdziera się w podświadomość uśpioną wygodnym, miejskim życiem. Jedną z najbardziej zwyrodniałych odnóg kina grozy, gdzie to człowiek człowiekowi wilkiem, jest bez wątpienia ‚rape and revenge’. Ten przeżywający rozkwit w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia nurt działał według prostego, dwuetapowego schematu – straszliwa zbrodnia, dokonana zazwyczaj na młodej dziewczynie (koniecznie pokazana w maksymalnie realistyczny, odrażający sposób) i zemsta pokrzywdzonej lub jej bliskich w razie wiecznej niedyspozycji głównej zainteresowanej, równie brutalna. Przewrotność filmów ‚rape and revenge’ polegała na tym, że choć obie strony dopuszczały się niewypowiedzianych okrucieństw, widz racjonalizował sobie i niemal kibicował zemście. Z jednej strony festiwal ohydy, z drugiej przemycona krytyka hippisowskiej rewolucji końca lat 60. ukazywanie jej mrocznej strony, z narkotykami i okultyzmem na czele. Mocne osadzenie w realiach epoki wzmacniało paranoiczną spuściznę tych filmów dokonaną w świadomości widzów, nie znaczy to jednak, że wraz z przemianami w społeczeństwie które dokonały się przez przeszło 40 lat od premiery Cravenowskiego Ostatniego domu po lewej filmy ‚rape and revenge’ odeszły do lamusa.

W ostatnich kilkunastu latach przeżywają one swój renesans , zapoczątkowany bodaj najbardziej skandalizującą premierą kinową dwudziestolecia, czyli Gwałtem – filmem z aktorkami porno jako sadystycznymi Thelmą i Louise, niesymulowanymi scenami seksu i sporą dawką przemocy, który poza wywołaniem oburzenia co bardziej konserwatywnych środowisk jak świat długi i szeroki nie oferował sobą wiele więcej. Był jednak papierkiem lakmusowym, który pokazał, że w XXI wieku jest jeszcze miejsce na tego typu obmierzłe produkcje i przetarł szlaki zdecydowanie bardziej udanym produkcjom, takim jak niezły remake Pluję na twój grób i jego sequel, absurdalne Teeth, słynne Nieodwracalne z Monicą Bellucci (estetycznie bardziej stonowany, emocjonalnie operujący na tych samych rejestrach), czy w końcu francuski film Martyrs z 2008 roku. To właśnie Martyrs skłonili mnie do napisania tego tekstu, gdyż mimo nałogowego pochłaniania horrorów – dobrych, złych, stylowych, obrzydliwych, starych młodych – z taką dozą zła spotkałem się po raz pierwszy prawdopodobnie od czasu pierwszego seansu Funny Games.

Mimo klasycznego dla nurtu zarysu fabuły (traumatyzowana dziewczyna odnajduje swoich oprawców i wymierza im srogą pomstę w zapalczywym gniewie), Martyrs jest dziełem naginającym konwencję ‚rape and revenge’ do granic wytrzymałości. Film zaczyna się ujęciem ogolonej, zakrwawionej dziewczynki uciekającej z czegoś na kształt opuszczonej fabryki. Wjeżdżają napisy początkowe utrzymane w konwencji filmu dokumentalnego z miejsca przetrzymywania dziewczyny poprzetykane jej trudnym powrotem do quasi normalności w domu dziecka.

Jak okazuje się po latach, nie ma szans na normalne życie, ponieważ Lucie (Mylène Jampanoï) jest prześladowana przez upiora, a jedynym sposobem na pozbycie się go jest wytropienie własnych oprawców. To istotny element przełamujący konwencję nurtu – zemsta na ludziach, którzy wyrządzili jej krzywdę nie wynika z jej własnej potrzeby, nie jest kwestią kumulowanej złości czy po prostu żądzy krwi i wymierzenia sprawiedliwości. Lucie musi zamordować miłą rodzinę z przedmieść, bo uważa to za jedyną szansę na odzyskanie choćby części własnego życia.

Drugą cechą odróżniającą Martyrs jest fakt pozostania bohaterek (Lucie towarzyszy jedyna przyjaciółka z sierocińca, Anna (Morjana Alaoui)) w domu zamordowanych. Klasycznie akt zemsty jest aktem zamykającym opowieść, tutaj ma miejsce grubo przed połową filmu. Jak się okazuje, ofiara złożona z rodziny oprawców nie uspokoiła demona, ciągle pragnącego śmierci Lucie. Coraz bardziej agresywne ataki mistrzowsko ukazywane są naprzemiennie z retrospekcjami dziewczyny z czasu w zamknięciu. Demon okazuje się wyłącznie wspomnieniem przeżytej traumy i nie udzielenia pomocy podobnie do Lucie torturowanej kobiety. Ataki potwora to nic innego jak epizody autoagresji, które prowadzą ostatecznie do samobójstwa Lucie. Zemsta nie jest w stanie uwolnić jej od przeszłości, niektóre blizny nigdy się nie zagoją.

W końcu tym, co zupełnie dezorganizuje Martyrs i wytrąca film ze schematu ‚rape and revenge’ jest niespodziewany akt trzeci. W pierwszym segmencie filmu pokazane były ostatnie momenty części „rape”, drugi fragment to „revenge”, który nie przynosi ukojenia ani sprawiedliwości, bo reperkusje „rape” sięgają zbyt daleko. Gdyby film skończył się w tym miejscu, jego wydźwięk byłby nad wyraz pesymistyczny nawet jak na reprezentowany przez niego nurt, jednak następuje część trzecia – ponowny gwałt. Anna przechodzi drogę analogiczną do przyjaciółki, znajdując piwnicę – salę tortur, jednak w przeciwieństwie do Lucie robi co może, by pomóc znalezionej tam oślepionej i okaleczonej kobiecie. Okazuje się jednak, że nieistotne, jaką drogę postępowania się wybierze, efekt jest zawsze jednakowy, a jest nim cierpienie. Złapana przez grupę, która wcześniej torturowała Lucie, Anna zostaje poddana długotrwałym torturom, a widz dowiaduje się, czemu to wszystko służy.

Jak wynika z powyższego, Martyrs to ‚rape and revenge’ świadomie reinterpretujący kanon podgatunku w sferze merytorycznej. Jeśli chodzi o formę, i natężenie przemocy, w niczym nie ustępuje pola filmom z lat 70., co jest coraz rzadziej spotykane. Przemoc zwykle ukazana jest współcześnie w sposób odrealniony. Nawet jeśli jest brutalnie, unika się anatomicznej dokładności i wszystkich drobnych obrzydliwości związanych ze zranieniami. Martyrs nie bierze jeńców. Całość wygląda tak naturalistycznie, że nawet mocno zaprawiony w temacie widz poczuje się nieswojo. Duża w tym zasługa wręcz pornograficznie filmowanych zbliżeń na aktualne źródło bólu postaci. Film od mniej więcej 1/3 długości tonie w krwi, nie ma praktycznie ujęcia które nie byłoby zabarwione czerwienią, a bohaterki są nią umazane od stóp do głów. Mimo swojego dynamizmu, montaż nie przyprawia o napad epilepsji, a każde cięcie wydaje się być doskonale przemyślane, kiedy trzeba podkreśla chaos
i szaleństwo, innym zaś razem symbolizuje harmonię i wewnętrzny spokój. Warto zwrócić również uwagę na aktorstwo, o kilka klas przewyższające standardowe rozkrzyczane nastolatki w podkoszulkach. Są krzyki, są też podkoszulki, niemniej całość doprawiona jest autentycznym przerażeniem i rodzącym się obłędem. We wstępie padło stwierdzenie, że ohyda może być sztuką. Do Martyrs bardziej pasuje określenie, że ohyda może być misterium.

Bartek Bartosik
kulturwa.pl

9/10 - rewelacyjny

Czas trwania: 99 min
Gatunek: Horror
Reżyseria: Pascal Laugier
Scenariusz: Pascal Laugier
Obsada: Morjana Alaoui, Mylène Jampanoï
Zdjęcia: Stéphane Martin, Nathalie Moliavko-Visotzky, Bruno Philip
Muzyka: Alex Cortés, Willie Cortés