PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Black Lightning - recenzja dwóch pierwszych odcinków

Black Lightning na łamach powieści graficznej pojawił się po raz pierwszy w 1977 roku za sprawą scenarzysty Tony’ego Isabella i rysownika Trevora Von Eedena. Dla Isabella nie był to pierwszy czarnoskóry bohater, dla którego pisał przygody. Już w pierwszej połowie lat 70. pracował przy dwóch seriach z Lukiem Cagem, wtedy dla Marvela. I to postać superbohatera z Harlemu pomogła mu z pewnością przy wykreowaniu Black Ligthninga, bodaj najbardziej rozpoznawalnego czarnoskórego bohatera ze stajni DC. Jednak o ile Luke Cage był tworzony na podwalinach gatunkowego blaxploitation, tak Black Lighting to już zupełnie inna para kaloszy, chociaż i tam i tu zawsze kończy się na ulicy…

Sam serial Black Lightning ogląda się jakby twórcy powrócili do postaci po 15 latach od ostatnich odcinków. Robią to celowo, bo mamy poznać bohatera jako emerytowanego herosa, który porzucił strój i uganianie się za przestępcami na rzecz rodziny. Oprócz tego jest przecież szanowanym obywatelem, podziwianym dyrektorem w szkole, człowiekiem z klasą. Jednak przede wszystkim to właśnie emerytowany Black Lightning (w głównej roli zobaczymy Cressa Williamsa), mężczyzna w średnim wieku, który będzie musiał znowu wcisnąć na siebie odłożony do szafy kostium. Dlaczego? Przez dzieci oczywiście! Latorośl jest już w imprezowym wieku, chodzą po klubach, potrafią mieć nieciekawe towarzystwo, takie, że w końcu ojciec będzie musiał wziąć sprawy w swoje ręce.

Pierwsze dwa odcinki to nieustanna walka głównej postaci ze sobą. Pozostać w cieniu, czy znowu zaprowadzać porządek w dzielnicy? Gangsterzy naciskają, policja nie daje sobie rady, a gdy w grę wchodzi bezpośrednie zagrożenia życia najbliższych, ja bym się nie wahał. Dwa odcinki zgrabnie wiążą wątki superbohaterskie z obyczajowymi, o wiele lepiej niż te w niektórych nieoglądalnych (dla mnie) produkcjach (vide serial ArrowAgenci tarczy i im podobne). Tam obyczajowość stała za ścianą akcji i wyglądało to w praktyce tak, że superbohater walczył na ulicy i były to wydarzenia, które zmieniają oblicze człowieka, dzielnicy, miasta, by za 15 minut prowadzić ożywiony dialog na poziomie programu Familiada podczas kolacyjki ze znajomymi. W Black Lighting tego nie ma, bo akcja i wszystkie fragmenty „rodzinne” nawiązują do wydarzeń w serialu.

Black Lighting żyje problemami czarnoskórego społeczeństwa, niesiony czarną muzą (skądinąd fajnie zmontowanej z akcją. Rapowe kawałki i końcówki wersów w paru momentach  zamykają się równocześnie z linią dialogową w akcji). Jest dużo soulu, gangsterów, broni noszonej za paskiem z przodu. Brutalności tu tyle co nic, ale nie to stanowi o atrakcyjności serialu. Bohater jest charyzmatyczny (jak każdy w tym wieku :)), jest doświadczony, zna swoją siłę i możliwości. Ma fajne wdzianko i spore możliwości, ale nie jest nieśmiertelny, co dla mnie zawsze stanowi dodatkowy atut. Musi chronić rodzinę, a nie dzielnicę, tak mówi i ja go rozumiem! Obejrzę dalej.

Premiera serialu 23 stycznia. Za wcześniejszą możliwość obejrzenia serialu dziękuję platformie: