Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Detective story (1951)

Jeden przepełniony posterunek, stanowisk mniej niż gliniarzy, spory harmider, kilka pomieszczeń akcji. Detective story, czyli film, który można oglądać kilkukrotnie i za każdym razem skupiając się na innej postaci, detalu będzie można z niego wyciągnąć coś nowego. Kino Williama Wylera jest wyjątkowo barwne, chociaż zatopione głęboko w noir atmosferze. Oszczędne, bez muzyki, żyjące szczegółami, jednak z jasną i postępującą naprzód sprawą.

Na pierwszy rzut oka to zbiór przypadków z policyjnego dnia detektywa z lat 60., a po prawdzie to kawał fascynującego przekroju charakterów, również cywilów, często tych, którzy po raz pierwszy trafili do tego zwierzyńca (w żaden sposób nie należy w tym przypadku odbierać tego określenia w znaczeniu negatywnym dla komisariatu i pracy, a do warunków ogólnie tam panujących).

Cała akcja bardzo absorbuje uwagę, ponieważ nie tyle próbujesz ogarnąć się w intrydze (ta jest raczej mało skomplikowana, ale nie czyni to dla niej żadnego zarzutu), a po prostu wyjąć jak najwięcej z każdej minuty. Percepcja widza, jest w tym przypadku atakowana w trakcie seansu całą masą bodźców. Chwytasz dialogi, przerzucasz spojrzenie od rogu do rogu, łapiesz detale (jak ten, gdy policjanci podchodząc do podejrzanego przerzucają broń z kabur do kieszeni) i czujesz, że to miejsce żyje pod dyktando wybitnej reżyserii Williama Wylera. W praktyce wygląda to mniej więcej tak, że podejrzany z jednej sprawy przechodzi przez posterunek, obserwujemy go, bo to interesująca policyjna robota (odciski, przesłuchanie), a obok detektyw rozmawia przez telefon w innej sprawie, którą też chcielibyśmy śledzić. Kamera opuszcza złodziejaszka i zostajemy na chwilę z głównym bohaterem. A wszystko obserwuje dziewczyna zatrzymana za kradzież torebki (fenomenalna i niezwykle urodziwa w tej roli, nominowana do Oscara, Lee Grant). Taka praca na linii reżyser, operator, scenarzyści, aktorzy odbywa się przez pełne 100 minut.

W sercu tego całego bałaganu siedzi gliniarz twardszy niż skała, dla którego zasady, obostrzenia i policyjne protokoły wyznaczają życiową drogę. James McLeod (Kirk Douglas), bo o nim mowa, nie jest w stanie nagiąć żadnego przepisu, a wypełnione akta i odstawionego do sądu  przestępcę traktuje jako cel nadrzędny. Aresztowałby własną matkę, gdyby była tak potrzeba. Gliniarz nieprzekupny, o stalowym sercu, gruboskórny, łagodny jednak dla żony, którą kocha ponad życie. Oddziela pracę od życia prywatnego. Nienawidzi kryminalistów. I to właśnie McLeod przejdzie najcięższą drogę w tym filmie, bo z własnego gniazda zacznie wychylać się tajemnica, która rozwiązanie znajdzie na środku posterunku.

Trzymający w napięciu, pierwszorzędnie zagrany Detective story jest filmową adaptacją teatralnej sztuki Sidneya Kingsleya. Zdobył szereg nagród (Złote Globy, Złota Palma w Cannes i kilka innych) oraz cztery nominacje do Oscara (reżyseria, scenariusz, główna rola kobieca dla Eleanor Parker oraz wspomniana Lee Grant z nominacją za drugi plan). Scenariusz jest bardzo uniwersalny, zatopiony w normalnych, ludzkich, często obyczajowych sprawach. Przez to właśnie porusza kilka ważkich i dzisiaj tematów, które nie były po drodze (i sprawiały, że produkcja miała pewne problemy) ówczesnemu kodeksowi Haysa. Zabawne i gorzkie zarazem jest to, że sprawa filmowych bohaterów nie była tak dwuznaczna, a ich czyny podyktowane raczej prostolinijnością.

Trzy lata po premierze filmowej Kirk Douglas wrócił do tej roli i tego tytułu. Tym razem w formie „słuchowiska” nagranego w 1954 roku dla Lux Radio Theatre.

9/10 - rewelacyjny

Czas trwania: 100 min
Gatunek: kino noir, kryminalny
Reżyseria: William Wyler
Scenariusz: Robert Wyler, Philip Yordan, Sidney Kingsley (sztuka teatralna)
Obsada: Kirk Douglas, Eleanor Parker, William Bendix, Cathy O’Donnell, George Macready, Lee Grant
Zdjęcia: Lee Garmes, John F. Seitz