PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Moonlight (2016)

Recenzja "Moonlight" (2016), reż. Barry JenkinsMoonlight jako historia ucieczki przed księżycowym światłem to przejmujący dramat o budowaniu skorupy wokół własnej tożsamości i orientacji seksualnej. To jednocześnie bardzo smutny obraz dziecka, chłopaka, w końcu mężczyzny, który nigdy nie zaznał prawdziwego spokoju, ciepła, bezpieczeństwa. W rozpisanym na trzy akty filmie Barry’ego Jenkinsa towarzyszymy w życiowej drodze introwertycznego Chirona. Przez ten cały czas widzimy skrupulatne i sukcesywne oblepianie żywej ludzkiej tkanki kolejnymi warstwami pancerza, przez który coraz trudniej dostrzec prawdziwego człowieka. Radość życia, jestestwo, pogoń za marzeniami, wszystko zostało wypalone.

Jenkins jako filmowy twórca przeprowadza swojego bohatera przez kolejne kręgi alienacji. Jedyny dar z niebios, prawdziwe zrządzenie losu przychodzi razem z dilerem Juanem (słusznie nominowany za tę rolę Mahershala Ali, którego wielki, naturalny zarazem aktorski talent można było zobaczyć przy okazji serialu Luke Cage). To on nieświadomie pokazuje mu gangsterski styl, zbroję, cień, w którym powinien „Little” pozostać („Little”, czyli „Mały” to tytuł pierwszego aktu. To również odniesienie do stanu ducha dzieciaka – nieświadomego, zadającego pytania, zagubionego). Tutaj dochodzi dylemat związany z odbiorem postaci Juana, bo chociaż jest drogowskazem, jego osoba daje głównemu bohaterowi siłę, nadzieję, element ojcowski, to również daje pomysł na „wycofanie” (nawet nieświadomie). Najważniejsze bowiem w treści filmu Jenkinsa jest tytułowe moonlight, czyli światło księżyca. To właśnie o nim traktuje krótka przypowieść Juana, Kubańczyka, który próbuje tym samym rzucić ratunkowe koło w kierunku (wtedy jeszcze) „Małego”. To także koło ratunkowe dla wszystkich, filmowa wykładnia, potwierdzenie wielu konformistycznych zachowań, którymi jesteśmy obarczeni, w tym i zapewne ja. Chodzi więc o maskę, powłokę, przynależność do frakcji, w której leci się z prądem, nigdy pod prąd, a ostatecznie (bo filmowo) stłumienie i oddalenie się od seksualnej deklaracji własnego ja. Wyciszenie i ukrycie się we własnym wyobcowaniu – to właśnie ostatni akt, czyli szaty brutalnego gangstera jako pancerz doskonały.

Recenzja "Moonlight" (2016), reż. Barry Jenkins

Już sam zarys socjologiczny w Moonlight to ciekawy koncept do przemyśleń. Czarnoskóre społeczeństwo z mocno zarysowanym męskim egocentryzmem nijak nie pomaga jednostkom „mającym czelność” ocierać się choćby w myślach o seksualną odmienność. Ciągły terror w szkole, szykany, brak prawdziwego ogniska sprawia, że Chiron nigdy nie przemówi własnym głosem.

Recenzja "Moonlight" (2016), reż. Barry Jenkins

Barry Jenkins przedstawił zamknięty w człowieku ból, który nigdy nie wychodzi na zewnątrz. Emocje nie uzewnętrznione aktorskimi środkami, tak często buchającymi z innych (kolejnych i kolejnych) filmowych ról postaci homoseksualistów, które decydują się na coming-out, tutaj zawsze są w ukryciu, przyczajone, a jednak widz czuje ciągły, narastający niepokój, wewnętrzne cierpienie.

Recenzja "Moonlight" (2016), reż. Barry Jenkins

O cierpieniu bowiem, tym bez łez i krzyku również opowiada Jenkins. Przez swoje (z jednej strony) skromne środkami wyrazu i zarazem brawurowe zdjęcia Jamesa Laxtona (który zyska chyba najwięcej po pracy przy Moonlight – i jeżeli chodzi o branżowy awans, ale i sam własny warsztat) film ma ogromną siłę oddziaływania na widzów empatycznych. Nie ma tu jednak mowy o graniu na uczuciach, epatowaniu tanimi chwytami. Żal przechodzący w depresyjny, apatyczny stan w świecie Chiron nie jest potraktowany stereotypowo. Tutaj trzeba się wsłuchać w wewnętrzne głosy bohaterów. Zrozumieć ich, a na końcu współczuć, że wszystko musiało trwać tak długo.

8/10 - bardzo dobry

Czas trwania: 111 min
Gatunek: Dramat
Reżyseria: Barry Jenkins
Scenariusz: Barry Jenkins, Tarell Alvin McCraney
Obsada: Mahershala Ali, Alex R. Hibbert, Janelle Monáe, Naomie Harris, Trevante Rhodes, Ashton Sanders
Zdjęcia: James Laxton
Muzyka: Nicholas Britell

  • i Ty przeciwko mnie? ;<

    Pierwszy akapit doceniam, ale…
    co do tanich chwytów – SPOILER!
    A chociażby pobicie głównego bohatera przez najlepszego kumpla to nie tani chwyt?:)

    • 🙂 nie odczytuję tego jako tani chwyt, ale jako kolejną konformistyczną postawę. Kevin był w tym momencie na takim etapie jak pózniej Chiron. Grał, by nie zostać zdemaskowanym. Ale mogę się zgodzić, że film by nic nie stracił, gdyby w ogóle odpuszczono ten fragment.

      • ja bym znalazł więcej takich elementów, zresztą mam strasznie mieszane uczucia, co do samej fabuły, historii.

        • No ale wiesz. Piszesz u siebie „sztampa”, ale inaczej to się przecież nie odbywa i odbywać nie będzie. Tu nie chodziło według mnie o oryginalność z podejściem do genezy zjawiska, a właśnie w użytych środkach. Te obcisłe spodnie, „pedał”, to sztampa jak najbardziej. Kurewska sztampa powtarzająca się codziennie w każdej szkole. Tu chodziło właśnie o to, by pokazać „normę” i drogę bohatera nie do akceptacji, i „odkrywania” siebie a raczej o „ukrycie” się w innym człowieku. Innymi słowy, to co uważasz za minus ja za plus 🙂

          • Pisałem też, że jest odtwórczy, bo i niektóre dialogi, jakbym słowo w słowo już gdzieś słyszał, zwłaszcza te z matką. Owszem zdarzają się zbliżone problemy, ale czy zawsze przebiegają w jednakowy sposób? Wydaje mi się, że w tym przypadku reżyser tak wykalkulował, że to się powinno sprzedać najlepiej, skoro do tej pory w innych filmach działa. A jak już widzę kolejny raz to samo (abstrahując od orientacji i koloru skóry) to mnie szlag trafia. Mniej sugestywne przedstawienie prześladowania i relacji z matką bardziej bym docenił, zwłaszcza że cały film raczej opiera się na emocjach ukazanych w bardzo interesujący i nienachalny sposób. Nie można było konsekwentnie zastosować się w ten sposób do opowiadania historii? Scena z bijatyką absolutnie zbędna, do tego kilka kretyńskich scena z matką (np. zabieranie ‚kieszonkowego’ na narkotyki). Samo zarysowanie położenia bohatera dałoby już wiele, a tak uważam sporo elementów za zbędnych. W zasadzie można ograniczyć się do tego, że każdy z nas obudowuje się pewnego rodzaju skorupą po każdym przykrym doświadczeniu i w jakiś sposób uodparnia się na kolejne podobne, ale nie muszą to być aż tak radykalne środki żeby dochodziło do wewnętrznych zmian. Naprodukowałem się trochę, a i tak chyba z tego nic nowego nie wynika 🙂 Mam inną wrażliwość 😛

          • „Mam inną wrażliwość :P” a to całkiem możliwe. No wiesz… przede mną jeszcze „Lion” 😛 😛 a ja lubię sobie poryczeć na filmach z dzieciakami 😀 😀

          • Lion to chyba najnizej przeze mnie oceniony film oscarowy ever ;<