PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Hell or High Water (2016)

 Recenzja filmu "Hell or High Water" (2016), reż. David MackenzieHell or High Water to neo western i heist-movie w jednym, przejmującym obrazie o upadku mitu, czy nawet mitów. To film z cierpkim klimatem apatii potęgowanym piosenkami napisanymi przez Nicka Cave’a. Dwójkę głównych bohaterów, braci (zaskakująco dobry Chris Pine i jak zwykle świetny Ben Foster) poznajemy w momencie, gdy nie mają już nic do stracenia. Wiemy o tym i widzimy to po ich twarzach, zachowaniu. Próbowali już wielu rzeczy, by wyjść z biedy i napady na banki to ostateczność. I rzeczywiście w Stanach Zjednoczonych B, czy nawet C taki proceder jest ostatnią deską ratunku. Przed czym? Przed kapitalistą mieszkającym gdzieś tam daleko w słonecznej Kalifornii lub przeszklonym apartamencie na Manhattanie w Nowym Jorku. Ten sam kapitalista za pomocą swoich bankowych macek wyciska ostanie soki z południowych stanów. Przez całą gehennę braci kowbojów (bo mit Dzikiego Zachodu jest tu wciąż poruszany) widzimy co się stało z amerykańskim snem. Miasteczka, przez które przejeżdżają swoim zdezelowanym autem bohaterowie jawią się niczym wyludnione obszary w The Rover David Michôda.

Jednak reżyser filmu David Mackenzie nie atakuje widza historią o biedzie posiłkując się narracją o straconych szansach czy niespełnionych marzeniach. Marzenia bowiem były, gdy pierwsi osadnicy zakładali tu miasta. Później według tego co widzimy na ekranie rozpoczęło się pikowanie w dół, a amerykańskiego snu nie było komu budować. Dziarscy, wyrośnięci na krowim mleku chłopcy w sile wieku poginęli już dawno na kolejnych wojnach 10.000 kilometrów od domu. Tak prężnie rozwijany patriotyzm w kolejnych pokoleniach i marsz z dumnie wypiętą piersią przez kolejne tropikalne, czy pustynne tereny zrobił swoje. Ale Hell or High Water to nie tylko historia o biedzie, przekazywanej jak niechciane dziedzictwo z pokolenia na pokolenie, o biedzie pojonej kolejnymi zaciąganymi kredytami (najczęściej mijane billboardy nawołują do brania kolejnych pożyczek). Hell or High Water to tęsknota za Dzikim Zachodem, gdzie wszystko było prostsze, gdyż było zdobywane gwałtem i rabunkiem. Ludzie jednak muszą żyć podług prawa, chociaż ich nastawienie do reguł ustanowionych przez konstytucję jest co najmniej nonszalanckie. Zresztą konie już dawno zamienili na ogromne pickupy, a strzelby i rewolwery na automaty. Tylko, że pickup nie ucieknie w głąb gór, co jest zresztą dobitnie pokazane w jednej ze scen. Ta tęsknota wynika poniekąd z frustracji niektórych i biernej postawy innych wobec powtarzanych od pokoleń stereotypów. Nawet jeżeli część ludzi zmiany dostrzegła już dawno, podjęła próbę wyedukowania się, dojścia do czegoś, to i tak są petowani (nawet jeżeli szykany brzmią zabawnie) przez innych. Taka właśnie zależność jest przedstawiona pomiędzy strażnikiem Teksasu  Marcusem (Jeff Bridges), a jego zastępcą Indianinem Alberto (Gil Birmingham).

 Recenzja filmu "Hell or High Water" (2016), reż. David Mackenzie

Hell or High Water to przede wszystkim dramat społeczny, a dopiero później sensacyjny. Historia napadów na kolejne banki (bank za bankiem) to jak trzymanie odpalonej petardy w dłoni. Niestety tym razem wygra ten, kto odrzuci wcześniej. Bardzo prawdziwy i cholernie smutny film o rzeczach, o których wszyscy zapewne zdają się wiedzieć, ale nikomu jakoś nie spieszno o tym mówić na głos.

Polecam. Film możecie zobaczyć TUTAJ

8/10 - bardzo dobry

Czas trwania: 102 min
Gatunek: Dramat
Reżyseria: David Mackenzie
Scenariusz: Taylor Sheridan
Obsada: Ben Foster, Chris Pine, Jeff Bridges, Gil Birmingham
Zdjęcia: Giles Nuttgens
Muzyka: Nick Cave, Warren Ellis

  • torne

    „zwykle świetny Ben Foster” – hmm, jakoś z tym stwierdzeniem trudno jest mi się zgodzić

    • Rozumiem. Może to stwierdzenie wypadło trochę na wyrost, bo przecież nie widziałem wszystkiego z Fosterem. Pisząc więcej, widziałem z nim niewiele filmów, ale w tych nielicznych zapamiętałem go zawsze na plus. Ocalony, Kontrabanda, ale przede wszystkim „Alpha Dog” Cassavetesa. Za to Pine zawsze kojarzył mi się z aktorskim drewnem, głównie ładnym chłopakiem, który nie wychodzi poza blockbusterowe ambicje czy wcześniejsze komedie romantyczne. Nie spodziewałem się zobaczyć go w takiej roli.

      • Daniel Muszyński

        Ja też bym powiedział, że Foster jest zwykle świetny, bywa nawet najmocniejszym punktem w słabszych filmach (np. The Mechanic). Chociaż z drugiej strony Warcraft był słabym filmem i on tam też rewelacyjny nie był.

        Ale nie zgodzę się za to, że Pine jest „zaskakująco” dobry. On jak najbardziej potrafi zaszaleć, zwłaszcza w filmach Carnahana jak Smokin’ Aces i Stretch.

        Nie zgodzę się też z tym, że ten film to udany dramat społeczny. Bohaterowie niby żyją w biedzie, ale jakoś mają bezproblemowy dostęp do broni, samochodów i koparek, dzięki którym je sobie zakopują, a jedyne, co robią, to sączą browce na werandach i bratersko obserwują zachody słońca. Albo była tam scena jak kowboj gna bydło przed pożarem i skarży się strażnikom, że mu dzieci nie chcą na farmie pracować, ale wizualnie to było nakręcone jak reklamy Marlboro. Ja odniosłem wrażenie, że Szkot pojechał do Stanów i zrobił tam film na wyobrażeniach biedy a la kowbojska americana, a nie jakiejś rzeczywistości.

        Czy chodzi ci o to, ze to filmowe zderzenie idealizowanej kowbojskiej wolności z współczesnym kapitalizmem metaforycznie ukazuje prawdę o stanie ducha współczesnego Amerykanina z prowincji? Bo to może rzeczywiście być bardzo prawdziwe.

        • „Smokin’ Aces” wciąż nie widziałem 🙁

          „jakoś mają bezproblemowy dostęp do broni,” No to chyba akurat nie dziwota

          „a jedyne, co robią, to sączą browce na werandach i bratersko obserwują zachody słońca.” No przecież byli braćmi i mieli farmę, więc sączyli browce na werandzie.

          Zobacz jaki tam był pokazany styl na kowboja. Ten moment gdy pickupy gnają za uciekinierami. Tam było mnóstwo scen, gdzie wystarczyło wymienić dosłownie kilka elementów scenografii i western jak żywy. Tu chyba chodziło o konkretnego Amerykanina z południowej prowincji. Według mnie to trochę obraz (z jednej strony) typa, który chciałby być jeszcze trochę kowbojem, ale za
          chuja nie może już nim być, bo czasy zmieniły się już dawno temu. Oni nie potrafią się przebranżowić i stanem ducha rzeczywiście zostali na prerii. Ta kowbojska wolność jest nie raz pokazana przez kadry z braćmi, którzy z jakąś tęsknotą patrzą na rozległy teren. Myślę, że szkot dobrze sobie poradził i dobrze zrozumiał tamtejsze warunki (pomijając, że z pewnością nie podszedł do tematu bez rozeznania).

          Mam też wrażenie, że ten ich stan ducha zakładał, że „zdobyliśmy dziki zachód” i chuj, koniec, możemy leżeć i nic nie robić. Tutaj jest pokazane, jak w ogóle im się nie mieści w głowie takie coś jak „praca”. Albo napady na banki, albo co jest kurna losem na loterii, dymanie ziemi i sączenie z niej ropy. Czyli patrzenie jak nabija się kasa na konto. Jednak to nie trwa od dzisiaj. Jeden z braci mówi o tej biedzie, która jest przekazywana z pokolenia na pokolenie to właśnie motyw z osadnikiem, który się osiedlił, „i co kurna dalej”.

          Powodów takiego stanu rzeczy jest pewnie wiele. Rzeczywiście zakładam, że masa chłopa z tamtych rejonów mogła zasilić US Army i ulice opustoszały. Zresztą przez cały seans miałem skojarzenia z naszymi terenami po PGR-ach, wino Arizona itd. Tam też ludzie wspominają jak to za komuny było zajebiście (analogicznie do wspomnień dzikiego zachodu), bo była
          praca i PGR napierdalał i było fajnie. Gdyby u nas był taki dostęp do broni, to ludzie z Polski B też by najeżdżali na banki. A
          co do „samochodów i koparek”. No przecież wiesz, że raz zrobiona fura w stanach działa przez sto lat! Te samochody i koparki to pewnie jeszcze z dziadka farmera 🙂 Z naszą motoryzacją to by nie przeszło.

          • Daniel Muszyński

            >>”jakoś mają bezproblemowy dostęp do broni,” No to chyba akurat nie dziwota<<

            Ja też słyszałem, że tam podobno nie trudno dostać broń 🙂 Ale chodzi mi o to, że to wszystko kosztuje. A jak się ma tygodnie do zajęcie dóbr, to wydaje mi się, że te sprawy nie będą takie hop-siup jak je ukazał film.

            "Te samochody i koparki to pewnie jeszcze z dziadka farmera"

            Nie braliby chyba swoich własnych samochodów na napady?

          • Nie pamiętam z czym napadali na początku, chociaż de facto samego początku przecież nie pokazali. To nie była dla nich pierwszyzna. Te automaty, to już zapewne kupione z pieniędzy z napadów.

            Oczywiście, że w jakiś sposób to było wszystko uproszczone na język filmowy. Reżyser chciał w dużym skrócie pokazać lichą egzystencje na tamtych terenach, bogatych w metropoliach, którzy bankami ściągają odsetki od zadłużonych osadników (bankier był wyraźnie zniesmaczony szybszą nadpłatą, ale to raczej normalne :). Co do wydawania pieniędzy to miałem wrażenie, że tam liczą się tylko dwie rzeczy i na dwie rzeczy wydają pieniądze: broń i lśniące pick-upy 🙂 Kraciaste koszule i jeansy lecą co kilka dni do prania 🙂 Ciekawe jest to, że szeryf i policja raczej sobie dupy nie zawracali szukaniem konkretnego auta, tylko ścigali ich po miejscach gdzie mogą być. Chodzi mi o to, że cały film był skonstruowany jak western w odniesieniu do każdej czynności. Ale smutne jest też to, że niektórzy rzeczywiście chcieli się tam zmienić, niestety wychodząc z założenie, że „wyżej wała nie podskoczysz” zastępca strażnika, Indianin przewrócił się bokiem na kozetce, przełknął po raz kolejny szykany przełożonego kowboja i poszedł spać. Jak za dawnych czasów 🙂

      • torne

        Ja mam mieszane uczucia. To znaczy nie przeczę, że ma talent. Chodzi mi raczej o to, że nie jest aktorem-samograjem. Ekspresja jego talentu zależy od tego, jak go poprowadzi reżyser. Jeśli jest on słaby, to Foster nie radzi sobie z grą. Tak oceniam jego role w Wracrafcie czy 360.