PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Diablo (2015)

"Diablo" (2015), reż. Lawrence Roeck. Recenzja filmu.

Scott Eastwood (łudząco podobny do ojca) przemierza tą samą prerię, którą Clint przemierzał tak często w latach 60-tych i 70-tych. Już chociażby z tego względu warto zobaczyć Diablo. Zobaczyć, by stwierdzić jak filmowa historia potrafi pięknie zatoczyć koło. Clint tak bardzo związany z westernem przekazuje pałeczkę synowi, by ten (choć przecież nie kojarzony jeszcze z żadnym filmowym nurtem) spróbował odnaleźć się w jednym z tych bardziej charakterystycznych i dających się zdefiniować gatunków.






Przyznaję, że sam fakt, iż posłużono się westernem do opowiedzenia historii o Diablo jest trochę naciągane. Na tyle naciągane, iż podejrzewam (chociaż nie powiem tego głośno), że chodziło głównie o Scotta i o to, by ściągnąć widzów pragnących zobaczyć kolejnego Eastwooda w siodle. Z drugiej strony… ten czas musiał prędzej czy później nastąpić. Nawet jeżeli to tylko kino niezależne, z małym budżetem i bez epickich scen, to jestem bardziej niż kontent z seansu.

"Diablo" (2015), reż. Lawrence Roeck. Recenzja filmu.
Western to rzeczywiście tło. Diablo bowiem to psychologiczny thriller i w takich kategoriach powinien być recenzowany. Co gorsze, nie można nawet za dużo pisać o samej fabule, a w tym przypadku powinno się pisać bardzo mało, żeby nie psuć zabawy. Otóż zaczyna się od porwania. Lawrence Roeck – reżyser, wie, że w 90-ciu dostępnych minutach trzeba szybko opowiadać i tak właśnie się dzieje. Sceny otwierające to pożar farmy. Jackson (Scott Eastwood) stoi na tle płonącego domu. To świetna scena, gdy Scott jako naturalny kontynuator legendy filmowego Dzikiego Zachodu pojawia się ze strzelbą na tle płonącego domu, by powstrzymać napastników. Chwilę później rusza w pościg, by odzyskać porwaną…

"Diablo" (2015), reż. Lawrence Roeck. Recenzja filmu.
Diablo jest skromne w swoich środkach wyrazu. Nawet nieco drętwe i ślamazarne. Potrafi też zmierzić teatralnością niektórych scen, w tym przesadnym patosem bijącym z twarzy młodego Eastwooda. Oczywiście każdy dramat to indywidualna sprawa człowieka, ale my – widzowie już widzieliśmy dużo większe tragedie, więc wypadałoby brać na to poprawkę. Dużym plusem jest sam pomysł na scenariusz i finał historii. Trochę jak zawieszone pytanie z Incepcji (upadnie ten bączek, czy nie?) lub gdybanie na temat dalszych losów Kellera (Hugh Jackman) z filmu Prisoners (2013). Całkowicie niestety pogrzebano szansę na zaskoczenie widza i fajny pomysł na twist, który został spłaszczony i wyprowadzony zbyt szybko. Twórca mógł poczekać i postawić karty na piękną Camillę Belle, a nie wysłużonego (chociaż wciąż przeze mnie darzonego sympatią) Danny’ego Glovera. Jak to zatem jest z tym Diablo, skoro wciąż uważam go za film dobry, pomimo tylu narzekań.

"Diablo" (2015), reż. Lawrence Roeck. Recenzja filmu.
To, co się rzuca od razu na plus (na ogromny plus), to widoki. Twórcy znaleźli jedne z lepszych miejscówek, jakie było mi dane oglądać ostatnimi czasy w filmach. Duża w tym zasługa sprzętu jaki miał do dyspozycji operator. Zdjęcia z drona powodują, że nie raz szepniesz „wow”. Wielkie ośnieżone zbocza, dron zawieszony 10 metrów nad postacią w gęstym lesie, rozległe polany z ujętą krzywizną ziemi. To wszystko sprawiło, że przerwałem na chwilę projekcję. Debiut reżyserski, mały budżet i taka fachura za kamerą? No i nie pomyliłem się co do warsztatu. Takie zdjęcia mógł zrobić tylko ktoś, kto ma duże doświadczenie. Dean Cundey pracował przy prawie 100 filmach i otrzymał nominację do Oscara za Kto wrobił królika Rogera (1988). Pracował przy największych projektach i z najlepszymi reżyserami. Nie chcę wnikać, chociaż podejrzewam, że wiem kto go ściągnął do pracy przy Diablo
Ostatecznie polubiłem ten film za pewną tajemniczość i głównie ze względu na Scotta Eastwooda. Mimo wszystko przyjemnie było patrzeć jak „się stara”.

7/10 - dobry

Czas trwania: 90 min
Gatunek: Western
Reżyseria: Lawrence Roeck
Scenariusz: Carlos De Los Rios, Lawrence Roeck
Obsada: Scott Eastwood, Walton Goggins, Camilla Belle, Danny Glover
Zdjęcia: Dean Cundey
Muzyka: Kirpatrick Thomas, Tim Williams

  • Simply

    A ciul z ,, największymi projektami ''! Dean Cudney to w pierwszej kolejności operator Johna Carpentera z najlepszego okresu.
    Nie pali mi się zbytnio to tego dzieła.

  • "Elza – strażniczka haremu"! No i prawdopodobnie remake "Nightmare City", którego jestem współproducentem :P:P:P

    No gość operator pierwsza klasa. Nie widzę inaczej, że to jakiś gest przyjaźni. Chociaż kto wie, ostatnie tytuły Cundey'a to rzeczywiście raczej telewizyjne zapchajdziury, więc być może taki western przy boku młodego Eastwooda to również i szansa dla niego. Zobacz zwiastun chociaż.

  • Simply

    Współinwestorem 😛
    Oryginał widziałeś ? Moim zdaniem to , co Umberto Lenzi powołał do życia jest nie do podrobienia , Savini niby dał rady ( moim zdaniem ) z NOTLD , ale tu jest cięższy orzech do zgryzienia , bo siła ,, Nightmare City'' bierze się z jego thrashowości , a tego nie skopiujesz , choćbyś się zesrał do dziesiątego pokolenia 😀 Ja już jestem tak kurwa mać zmęczony tym rimejkowaniem że słów brakuje… Aż tak trudno wymyślić samemu coś nowego , że taki Savini , który pracował z Romero przy 2 i 3 części trylogii nie ma już innego pomysłu na siebie , tylko kanibalizacja gościa, który za parę lirów kanibalizował patenty Romero używając do charakteryzacji kupę po szpinaku ? 😀

  • Rzeczywiście współinwestorem 😛 (dodałem sobie :P)

    "Nightmare city" widziałem kilkanaście lat temu i podobała mi się rozpierducha na ekranie. Zajebisty był pomysł na "inwazję". Ten chaos przy samolocie. Bieganie, zabijanie, plaga nie do opanowania. Niezła partyzantka. Zainfekowani wyglądali jakby mieli maski na karnawał z lumpeksu. Krew ze niedojrzałych pomidorów itp. Ale to było fajne, czuć było jakąś energię i agresje. Zresztą na dniach przyjdzie do mnie paczka z Arrow z moim spóźnionym prezentem pod choinkę. Między innymi odświeżony "Nightmare City". Kiedyś bardziej lubiłem rimejki. Teraz to wygląda rzeczywiście tak, że goście uważają, że zarobią więcej, bo z ciekawości będziesz chciał zobaczyć coś co już niby znasz. W sumie to takie pierdolenie i skok na pewne (chociaż wciąż małe) pieniądze. W szerszym wymiarze oryginalny scenariusz i świeże podejście do tematu opłaciłoby się bardziej.

    A Saviniego lubię i mając wgląd do panelu produkcyjnego 😛 wiem, że nie zamierza iść na łatwiznę i z efektami i z realizacją.

  • Simply

    Pokurwionych patentów, to tam jest BEZ LIKU , prawie co scena. Bo Włosi mieli coś pod czachami i jak na przełomie 70/80 weszli w surfa na romerowską falę to dali takiego ognia , że nawet ich totalne sery nie straciły po latach na impakcie ani na oryginalności. Nawet jak sami siebie kazirodczo powielali, to hulało i nie przestało ( ,, Zombie Holocaust'' Marino Girolamiego for ex ) A weż , zrób sobie rekolekcje z zombie movies z ostatnich kilkunastu lat… ( ,, Colin '' mi się podobał i coś tam wniósł )
    Wiem, wiem ,, przed wojną jabłka były smaczniejsze'' 😛 Ale nic na to nie poradzę . I jak widać , puki co nikt inny za bardzo też nie .
    Anyway, chciałbym zostać mile zaskoczonym przez Saviniego , bardzo chciałbym.

  • Jeśli chodzi o rimejki od których mi staje, to w tym roku zaczynają kręcić Maniac Copa w reż. Johna Hyamsa. Hyams to syn Petera Hyamsa (tego od Outland, 2010 i Sudden Death) i uparcie twierdzę, że jego Universal Soldier: Regeneration i Day of Reckoning to jedne z najlepszych filmów XXI w. Jego trzeci film, Dragon Eyes, dumnie kontynuuje tradycje zapoczątkowaną przez Sergia Leone, i utrwaloną przez Waltera Hilla, czyli bezczelne zrzynanie z Yojinbo. Do tego zmontował dla swojego taty Enemies Closer – jeden z najlepszych występów Van Damme'a z ostatnich lat (tzn. poza jego własnymi filmami) – i był skrypt-doktorem przy Skin Trade – nie w 100% udany, ale nie pozbawiony zalet B-akcjoner z Lundgrenem i Tonym Jaajem. Scenariusz rimejku Maniac Copa napisał Ed Brubaker, który jest czczony na Kinomisji za swoje neo-noirowe komiksy. Innymi słowy, zapowiada się film roku.

  • Też się jaram nowym "Maniac Copem". Fajnie jakby to było mocne pierdolnięcie od syna takiego reżysera. Recenzowałem z tydzień temu debiut Petera "Busting" (z wstawką tegoż). Piękne kino policyjne. A jeszcze à propos jego US. To mam je zaplanowane na ten miesiąc (zresztą po Twojej wcześniejszej rekomendacji). A sam oryginał Maniac Copa, również spróbuję w tym miesiącu przypomnieć tym, którzy go nie znają.

  • "A sam oryginał Maniac Copa, również spróbuję w tym miesiącu przypomnieć tym, którzy go nie znają."

    Przypomnij też sikłel – moim zdaniem, jest lepszy.

  • Anonimowy

    witam
    Wg mnie trochę zawyżona ocena, końcówka filmu bardziej ze spaghetti westernu niż westernu, i wg mnie reżyser nie postarał się by bardziej uwiarygodnić koniec filmu gdzie meksykanie padają jak kaczki, bardziej chyba trzymał się głównego pomysłu do którego dorobili fabułę i poszczególne wątki (z Indianami, Gloverem), jest jeszcze wg mnie wpadka z chińczykiem bardzo nie logiczna, tylko za zdjęcia dam 5/10

  • No ta końcówka (w sensie plansza z tytułem) stylizowana na modłę spaghetti z nutą melodyczną prosto od Morricone to trochę z czapki wyjęta. Nie wiem co to miało być. Jakiś ukłon w kierunku klasyków? Ja długo się wahałem pomiędzy 6 a 7. Bardzo długo. I w sumie możesz mieć rację, że trochę zawyżona, tym bardziej, że w recenzji wymieniam więcej minusów niż plusów. Pewnie przeważyła osoba młodego Eastwooda (i trochę kredyt zaufania), oraz wspomniane przez Ciebie zdjęcia. Miejscami to mógł być niezły film od National Geographic 🙂