PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Django (1966)

"Django" (1966), reż. Sergio Corbucci. Recenzja filmu.Chciałbym rozpocząć recenzję piosenką o Django, ale zawsze mnie śmieszyło, jak „ktoś nucił” tekstem w stylu „Da Da – Da Da dadada” (to z Gwiezdnych Wojen), więc sobie odpuszczę. Django to legenda w westernowym gatunku. Napiszę mocniej. To pieprzona legenda większa niż Cisza z Człowieka zwanego ciszą i większa niż Navajo Joe z Navajo Joe.

Już sam wstęp nie pozostawia u widzów złudzeń co do stylu opowieści jaki zdominuje dalszą część seansu. Oto widzimy grupę Meksykanów i niewinną niewiastę (jasne… jakby ktoś był niewinny na Dzikim Zachodzie). Nie jest dobrze. Chcą ją zamordować i ukrzyżować lub odwrotnie. Mało to ważne, bo finał przecież będzie ten sam. Oto jednak na horyzoncie pojawia się On – Django (Franco Nero). Widz myśli: „Jest! Pomoże jej. Jest ich sporo, ale to z pewnością nic trudnego dla człowieka, o którym ciągle słyszę w tle piosenkę”. Django stoi i czeka. Nie na koniu. Stoi z trumną. To jego jedyny bagaż. Ciągnie ze sobą przez życie trumnę z tajemnicą. Patrzy ze wzgórza na rozgrywający się nieopodal akt przemocy i nie zamierza nic zrobić? Może ma jakiś plan? Oto zjawiają się kolejni jeźdźcy, załatwiają „Meksów” i uwalniają dziewczynę. Zaraz, zaraz. Być może powinno tak być w świecie przepełnionym dobrocią, ale nie u Sergio Corbucciego. Dziewczyna zostaje uwolniona, ale tylko po to, by dostać na twarz informację o tym, że zaraz zostanie spalona. To ma być kara za to, że zabawiała się z Meksykanami… Taki to świat.

"Django" (1966), reż. Sergio Corbucci. Recenzja filmu.
U Corbucciego dzieje się tak wiele podczas seansu, że nie ma sensu podciągać kotary skrywającej wszystkie atrakcje. Niech pozostanie, że Django jest na drodze usłanej złotem, zemstą, odkupieniem, a przede wszystkim śmiercią. I właśnie śmierć stanowi tutaj główne tło wydarzeń. Można nawet napisać, że śmierć (z reguły wygłodzona) po seansie Django może czuć się naprawdę syta… Zresztą, otoczenie sprzyja jak najbardziej rozszalałej kostusze. Miasteczko, w którym rozgrywa się główna akcja wygląda jakby ktoś zapomniał posprzątać po testach atomowych. Wszyscy bohaterowie na arenie u Sergia wyglądają jakby mieli zaraz zostać straceni. Ponure twarze ludzi, którzy zostali skazani na życie pośród umarłych. Nawet gdy pojawia się taki kozak jak Django (nomen omen będący jakąś nadzieją na zmianę losu), humor miejscowym wcale się nie poprawia. Pesymizm to praktycznie wykładnia ich życia. Wspaniały podkład muzyczny jest pięknym, lirycznym tłem dla rozgrywających się wydarzeń. To prawie jak muzyczna droga przy epickiej ceremonii pogrzebowej wielkiego bohatera z Dzikiego Zachodu.

"Django" (1966), reż. Sergio Corbucci. Recenzja filmu.
Polecam bardzo.
petarda

Czas trwania: 92 min
Gatunek: Western
Reżyseria: Sergio Corbucci
Scenariusz: Sergio Corbucci, Bruno Corbucci
Obsada: Franco Nero, Loredana Nusciak
Zdjęcia: Enzo Barboni
Muzyka: Luis Bacalov

  • Tak, "Django" był zajebisty jak dobrze pamiętam, chociaż mi odbiór psuły trochę pewne niedoróbki: w jednym z ujęć widać kamerzystę w lustrze, w którymś momencie jest ziemia poorana terenowymi oponami, a do tego krew jakaś taka mało krwista. Drobiazgi, duperele, a mimo wszystko czułem, że można to było zrobić lepiej.
    Za to fabuła mistrzowska i chyba nawet ze szczyptą humoru jeśli mnie pamięć nie myli. Zdecydowanie muszę sobie odświeżyć.

  • Czyli to ten słynny Django jakiego się naoglądał Quentin. Bo muszę przyznać, że dopiero przy okazji jego Django usłyszałem o tym Django.

  • Eee w ogóle nie zwracałem uwagi na takie rzeczy. W sumie to nawet ich nie widziałem. Pochłonęła mnie opowieść o typie, który może wszystko w takim chujowym świecie. Ta jego pewność siebie była powalająca.

  • No to ja też muszę przyznać, że przy okazji Django usłyszałem o starszym bracie Django 🙂 Jest jeszcze "Django 2: Powrót zza grobu" (1987). To znaczy… jak się zerknie na samą postać Django na IMDB to sam bohater pojawia w różnych produkcjach kilkadziesiąt razy.

  • No, motherfucker na miarę niektórych postaci Eastwooda i Lee Van Cleefa.

  • Ja pierwszy raz usłyszałem (dosłownie) o tym pierwszym Django, gdy poznałem ścieżkę do filmu Quentina. No i tam "Django" Luisa Bacalova brzmiało zdecydowanie z innej epoki 🙂

  • Simply

    ,, Django 2'' z 87' omijać, jak trąd . Strasznie marny to film, a co najgorsze nie ma nic a nic wspólnego z klimatem jedynki.
    Te wszystkie inne Djanga, to tylko i wyłącznie franczyzowanie samego imienia ( czy bardziej frymarczenie ) , żeby towar lepiej się sprzedał.
    Ps. Zapomniałem Ci podziękować za udostępnienie mojego tekstu, co czynię niniejszym 🙂

  • Wyjdę tu na hipstera, ale ja kojarzyłem Djanga jakieś 3-4 lata przed filmem Tarantino kiedy kupowałem sobie w media markcie masakrycznie chujowe wydanie dvd za niecałe 9 zł. Już wtedy wiedziałem, że to ten koleś z trumną, do którego nawiązywał Shinichiro Watanabe i gra Gungrave 🙂

    https://youtu.be/jIzcjuoG2kM

    https://youtu.be/LLtNXDvnxrE

  • Co ty myślisz, że sobie w koszu pogrzebiesz i będziesz hipsterem!? 🙂 A tak w ogóle to ja jeszcze nigdy nic fajnego w takich "tanich dvd" nie znalazłem. Chciałbym chociaż takiego chujowego Django znaleźć za 9 zł.

  • @Simply Przejrzałem sobie na szybko "Django 2". Rzeczywiście ma mało wspólnego z Django. Widzę, że jest zapowiadany kolejny Django z Franco Nero…