PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Hardware (1990)

Recenzja filmu "Hardware" (1990), reż. Richard Stanley„To mój film! Zaklepuję go!” – powiedziałem do siebie tuż po seansie. Czasami jest tak, że dany tytuł znajduje w sercu widza idealne dla siebie miejsce. Pasujesz do niego. Odpowiada Tobie muzyka, stylistyka, historia, wykonanie, praktycznie wszystko. Czasami jest nawet tak, że po pierwszych minutach wiesz, że to jest Ten film. Tak było z moim spotkaniem z Hardware. Z filmem, który Richard Stanley nakręcił 25 lat temu. Wiecie co po czasie przypomniał mi obraz Stanleya? Zespół muzyczny, który potrafi zagrać wszystko, ale nie potrzebuje do tego profesjonalnych instrumentów. Wiecie… rury, krzesła, stoliki, butelki i wielkie serce, a przede wszystkim umiejętności. To tylko porównanie, bo biedy tu nie uświadczysz. Jeżeli taka by nawet chciała wyjść przed szereg, to została doskonale zakamuflowana przez ludzi z odpowiednim talentem.


Hardware to przyszłość. Co ciekawe, Stanleyowi udało się stworzyć świat bez szerokiego rzutu na globalne tłumaczenie dlaczego tak się stało. Nie ma wspominania przyczyn, migawek z przeszłości. Jest tu i teraz, i jest źle. To znaczy nie jest źle. Jest normalnie, bo ludzie się przyzwyczaili. Przyzwyczaili się do noszenia liczników Geigera. Do tego, że jedzą gówno i piją gówno. Wiedzą, że nie warto mieć dzieci, bo jest duża szansa, że urodzi się popromienny mutant. Napromieniowane jest wszystko. Ludzie, budynki, umysły. Ale ludzie trwają dalej, bo jakoś matka natura postanowiła, iż będzie w spokoju oglądać agonię tych, którzy przez ostatnie tysiąclecia gwałcili ją na wszystkie sposoby. „Niech zdychają, palcem nie kiwnę” – mówi nasza planeta i spokojnie czeka…

Recenzja filmu "Hardware" (1990), reż. Richard Stanley
Jednak ludzie zdają się mieć kompletnie w dupie warunki, w których przyszło im egzystować. Jak szczury. Zawsze jest tak samo… wczoraj i dziś. Potrafimy się dostosować. W scenach otwierających poznajemy nomada i jego pracę (w tej roli wystąpił Carl McCoy – wokalista bandu Fields of the Nephilim grającego gotycki rock). Nomad, jak i reszta buszującego po pustkowiu społeczeństwa, robi to w celach zarobkowych. Nie zważając na podwyższone w znacznym stopniu promieniowanie grzebie w tym, co wiatr historii próbował zasypać. Już na początku filmu, widz powinien zwrócić uwagę na nieszablonowe podejście do realizacji. Ktoś może powiedzieć: „Że co? Że operator nałożył czerwony filtr, a charakteryzatorzy nałożyli stosy szmat na postać?”. A jednak… Tak mało, a wystarczyło, by wykorzystane precyzyjnie techniki (nie bójmy się tego powiedzieć wprost – miejscami tanie) przy akompaniamencie industrialnych niepokojących brzmień dały nam od pierwszych minut KLIMAT. Postnuklearne filmowe środowisko stało się przez to kompletne.

Recenzja filmu "Hardware" (1990), reż. Richard Stanley
Fabularnie historia została oparta na krótkiej komiksowej historyjce SHOK! autorstwa Steve’a MacManusa i Kevina O’Neilla. Te kilka plansz dało Richardowi Stanleyowi podstawę do czegoś za czym tęsknię w kinie, a boję się czasem szukać i ryzykować stratę czasu. Cyberpunkowy wymiar historii rysuje się tu przez wykorzystanie krwiożerczego robota porządkowego M.A.R.K. 13, który jako byt może być porównany do zalążka Skynetu. Obserwujemy drogę jego szczątek od nomada do handlarza. Od handlarza, przez postać Mosesa (w tej roli Dylan McDermot. Uważam, że Bill Paxton – brany pod uwagę do tej roli – byłby ciekawszym posunięciem castingowym). Gdy Moses daje w prezencie wrak robota swojej partnerce Jill (Stacey Travis), jako widzowie wiemy, że to końcowy przystanek w podróży maszyny i jednocześnie pierwsza stacja przed nadchodzącym koszmarem. Robot wybudza się, regeneruje i atakuje. Jest w tym działaniu tak samo skuteczny jak T-800 z filmu Terminator (1984) i tak samo żywotny.

Recenzja filmu "Hardware" (1990), reż. Richard Stanley
Richard Stanley dał swoim filmem dowód na to jakim jest kreatywnym twórcą. Zrobił B-klasowy horror sci-fi zanurzony w cyberpunkowym sosie, który de facto mógłby stanąć pod rękę z Blade Runnerem Ridleya Scotta. A zresztą… Co by stało na przeszkodzie, aby po korytarzu „apartamentowca”, w którym mieszkała Jill, przebiegł się Harrisson Ford w pogoni za kolejnym replikantem. Jednak to nie jest tak, że Hardware aspiruje do bycia czymś więcej niż kinem klasy B. O nie! To zamknięty w B – ramie obraz, który wyglądem, sercem i duszą kładzie na łopatki większość obrazów oscylujących w granicach wydanych 50 milionów dolarów. Hardware żyje na wielu poziomach. Jako prosta historia z akcją o intensywnych doznaniach. Hardware to również mała rozprawa z kultem macho i pochwała walczącego feminizmu, kiedy to kobiety zostają w domu, a wielcy mężczyźni wyjeżdżają cholera wie gdzie, by przywieźć trochę grosza. Jednak gdy ostatecznie są potrzebni, to i tak bardziej przeszkadzają niż pomagają. Nie zapomniał również Stanley o tym, co jest najważniejsze dla tego typu filmu. Akcja i wiążące się z tym liczne uszkodzenia natury martwej i żywej wyglądają spektakularnie. Szczególnie w przypadku brutalnych zgonów twórcy nie bali się zrobić wyskoków w stronę gore (świetne, bezlitosne drzwi. Nomen omen z głosem reżysera jako podkładem pod automatyczne komunikaty).

Recenzja filmu "Hardware" (1990), reż. Richard Stanley
Uważam, że słowo „zajebisty” w przypadku fajnych filmów jest nader często nadużywane. Zrobię wyjątek. Hardware JEST zajebisty i już wiem dlaczego był okrzyknięty kultowym. Atmosfera, muzyka i zaproszone do projektu gwiazdy sceny muzycznej (wspomniany Carl McCoy oraz Iggy Pop jako radiowy dj bynajmniej nie niosący dobrej nowiny, czy w końcu Lemmy Kilmister – charyzmatyczny wokalista zespołu Motörhead). No to jak w końcu jest z Hardware? To w zasadzie mało ważne, czy Richard Stanley chciał naśladować klimat Blade Runnera, krwiożerczość Terminatora, czy ostatecznie chciał stworzyć na tych wszystkich podwalinach cyberpunkowe love story (piękna scena pod prysznicem). Ważne jest to, że udało się stworzyć kino zajebiste, które oglądałem z otwartą japą. To mój film.

This is what you want.
This is what you get.

9/10 - rewelacyjny

Czas trwania: 94 min
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Reżyseria: Richard Stanley
Scenariusz: Richard Stanley, Michael Fallon, Steve MacManus, Kevin O’Neill
Obsada: Dylan McDermott, Stacey Travis
Zdjęcia: Steven Chivers
Muzyka: Simon Boswell

  • Simply

    Też go lubię , nie wypunktowałeś, że ,, Hardware'' to także horror i to pierwsza klasa. To, jak zbudowano atmosferę rosnącego zagrożenia od momentu pierwszych dziwnych podrygów Marka ( jeszcze w kawałkach ) do jego wejścia do akcji, to jest jeden z lepszych materiałów poglądowych, jak powinno się powinno przygważdżać widza , krok po kroku.
    Chociaż sam Mark pokazywany jest głównie w detalach ( wiadomo, dlaczego ), a w całej okazałości rzadko i na moment , to przy okazji udało się osiągnąć bardzo ciekawy efekt. Widz do końca za bardzo nie wie , jakich on jest na prawdę rozmiarów . Ta dezorientacja – nie ważne, czy to było świadome, czy nie – to był dla mnie niezły odlot ; dopiero w scenie w łazience się objawił w całej okazałości , jakby większy , niż do tej pory.
    Film był sporym hitem, kosztował 1,5 mln $ i zarobił na czysto 5 mln700 tys $ , jak na niezależną produkcje to jest piękny wynik.
    Świetną oryginalną muzę zrobił Simon Boswell, zwłaszcza bluesowwy akustyk grany slide;'em na tle zawodzenia elektronicznej wichury w czołówce .
    No i parę killerów , tylko w strasznie krótkich fragmentach ; Ministry ,, Stigmata'', Iggy Pop ,, Cold Metal'' Fields of the Nephilim ,, Power''.
    Natomiast cytowany pod tekstem leitmotiv z utworu PIL – jak i sam utwór – to też ciekawa story, powiązana z innym wybitnym filmem… fani włoszczyzny kminią o co tańczy 😉
    Anyway, Richard Stanley to reżyser związany z grozą chyba najgorzej potraktowany przez los , w stosunku do talentu , jaki mi przychodzi do głowy.

  • To taki film, który będę mieć na półce (tylko muszę mieszkanie na większe zmienić, żeby mieć swoją półkę :). Z tym rozmiarem robota to jakoś tak nie miałem. Przy scenie z prysznicem okazał się mniej więcej takiej wielkości jak w scenach w półmroku. Ale… miał zupełnie inny kształt. W pełnym świetle dopiero ogarnąłem jego formę. Muzyka to jest petarda. Oglądałem go teraz po raz pierwszy i od razu na dużym ekranie w kinie studyjnym. Przed projekcją byłem sam na sali i gadałem trochę z kolesiem z obsługi, który anonsuje, że specjalnie podłączył nagłośnienie koncertowe, że będzie zajebiście itd. 'Co on tam plecie" myślę. Dźwięk jak dźwięk. Ważne żeby było głośno 🙂 No i po kilku minutach zrozumiałem zareklamowane nagłośnienie. O muzyce warto by więcej napisać. Dlatego mam nadzieję, że skutecznie namówiłem Vipera na tekst o ścieżce dźwiękowej do "Hardware"

  • Simply

    Też ,, Hardłera'' widziałem w kinie i to z taśmy , long time ago . Nie tak dawno miał powtórkę w warunkach domowych.
    No to nic Ci innego nie pozostaje, tylko zapodać ,, Dust Devil''.

  • Wygląda obiecująco, drugie zdjęcie jak z klimatu "Blade runnera"

  • To prawda. Z niektórych filmów pamięta się kilka świetnych kadrów. Tu jest ich mnóstwo. Raczej byłbym ostrożny z polecaniem tego filmu. Tobie mogę, bo wiem że docenisz pewne reguły czasu, gatunku i wydanych na obraz pieniędzy 🙂