PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Słomiana Tarcza (2013)

Wara no Tate - Shields of Straw - Słomiana Tarcza - 2013
Jestem na bakier z filmografią Takashi Miike’a. Żaden znawca tego japońskiego twórcy nie doradził mi z jakim tytułem zapoznać się na początek. Wbiegłem więc w świat internetu, posiłkując się jedynie komentarzami z sąsiedniego bloga, mając w głowie parę tytułów, zerknąłem, jest, biorę, oglądam, auuUUuuć. Małe oparzenia, plaster wystarczy. Jest średnio z plusem. Słomiana tarcza. Bestia, złoczyńca, morderca, czyli Kiyomaru. Najgorszy z możliwych. Jego ofiarą jest mała dziewczynka, która jeszcze nie była w stanie poznać co to jest świat. Okazuje się, że jest to wnuczka najbogatszego i najbardziej wpływowego człowieka w Japonii. W dodatku z lekko zwichniętym kręgosłupem moralnym. Wyznacza on nagrodę za głowę mordercy, miliard jenów (czyli około 30 mln PLN). Spora suma, chociaż w kolekturach większe już odbierano. Ogłoszenie, plakat z wizerunkiem ukazuje się w japońskiej prasie. Społeczeństwo wpada w amok, wszyscy są rządni zdobycia tej nagrody. No właśnie. Taki był zamysł reżysera. Ciężko mi to przełknąć szczególnie, że mamy tutaj do czynienia z krajem z tak rozwiniętą gospodarką. Rozumiem, że w każdej społeczności znajdą się jednostki zdesperowane, obłąkane, szalone na tyle by rzucić się z nożem przez ochronę i policjantów, by spróbować sięgnąć po trofeum. Ale … nie kupiłem tego.
Zamysł filmu świetny. Scenariusz powinien być jednak pchnięty w kierunku twardego filmu akcji z delikatnym skierowaniem uwagi na rozterki towarzyszące głównym bohaterom. No, bo po cóż chronić takiego zwyrodnialca? Takashi odpowiada nam na to pytanie dość szybko. Kazuki Mekari najlepszy w swojej branży (w tej roli Takao Ohsawa) zostaje oddelegowany do ochrony Kiyomaru. Oglądając film możemy być pewni tylko tej postaci. Honorowy, opanowany, nieprzekupny, działający według swojego kodeksu. Jednocześnie najlepiej dobrany aktor w tym obrazie.  Zadanie trzeba wykonać, żeby nie zatracić swojego jestestwa. Nagrody nie będzie za to żadnej. Każdy z czterech wybranych na tą misję policjantów wie o tym doskonale.  Reżyser oprócz próby zasiania widma anarchii, próbuje zasiać w widzach ziarno nieufności. Mamy bacznie obserwować, który z doprowadzających do posterunku może się wyłamać i skusić się na wspomniany miliard.

Nasz oddział niczym Syzyf, musi wtaczać swój głaz pod górę. Zaczyna się dobrze. Obwarowani kordonem japońskiego SWAT, w kolumnie pojazdów w liczbie parunastu, przemierzają ulice by dotrzeć do celu. No, i zaczyna się pierwszy, drugi, trzeci atak. Z każdej strony, agresorzy wszelkiej maści. Nie odbywa się to jednak na tyle dynamicznie, by widz mógł powiedzieć „ale się dzieje …”. A dzieje się mało, dalej o zgrozo coraz gorzej. Razem z przyszłym skazanym wsiadamy do … pociągu. Takiego normalnego z pasażerami. Nie potrzeba chyba Dziewulskiego, by znaleźć lepszy środek transportu. Tym bardziej, że to zwykły pociąg pasażerski… Można powiedzieć, że się czepiam, proszę bardzo. Zdaję sobie sprawę jaki ma być przekaz filmu. Mamy odpowiedzieć na pytanie, czy jest sens utrzymywania przy życiu zwierzęcia, które gryzie wszystkich dookoła, nie ma szans na resocjalizację, samo zaś deklaruje, że się nie zmieni, jest wcieleniem czystego zła? Ciężki był dla mnie odbiór filmu. Przez samą właśnie realizację. Trzy minusy, które ostatecznie wpłynęły na tak niską ocenę.  Casting. Tatsuya Fujiwara w roli Kiyomaru, to totalna porażka. Jak zwykle, wciąż nie wypleniona nadekspresja. Kompletnie nie pasował do roli. Być może reżyser chciał pokazać, że każdy może być socjopatą, nawet człowiek o tak delikatnej młodzieńczej aparycji (oczywiście że może, ale ja chcę zobaczyć wściekłość w oczach, jak u Kyung-chul w I Saw the Devil, a nie jakieś kwilenie jak u Harrego Pottera).  Kuriozalna logistyka transportu więźnia. Tak, jak pisałem wcześniej, gdyby konstrukcja filmu opierała się na non-stop action, to ok. Ciągłe przesiadki, konwój, pociąg, samochód, trochę pobiegamy, trochę taksówka. A widz krzyczy w kierunku Takashiego: „DLACZEGO NIE POLECIELIŚCIE ŚMIGŁOWCEM?!?”. „BO FILM BY TRWAŁ 30 MINUT !!!”, krzyczy reżyser. Finał filmu. Rozciągnięty niemiłosiernie. Nasz psychol próbuje skierować całą wściekłość narodu japońskiego na siebie. Prawie krzyczy: „Zabijcie mnie już”. Robi wszystko, co możliwe w jego sytuacji, by zakończyć swój popaprany żywot. I co? Trwa to o 30 minut za długo. Oceniam go na 4/10. Za potencjał, za chęci, za głównego pozytywnego bohatera, za akcję w pociągu, za ciężarówkę z nitrogliceryną (taki ukłon w kierunku Ceny Strachu i mojego ukochanego Sorcerera?). To był zły początek mojej znajomości z reżyserem. Zrobię sobie przerwę i dam mu za jakiś czas kolejną szansę.

4/10
Czas trwania: 124 min
Gatunek:
Thriller, Akcja
Reżyseria: Takashi Miike
Scenariusz: Tamio Hayashi
Obsada: Nanako Matsushima, Tatsuya Fujiwara, Takao Ôsawa

Muzyka:
Kôji Endô
Zdjęcia:
Nobuyasu Kita
  • Simply

    Aa tam, przerwę. tak, to Ci się tylko resentymenty utrwalą.Wcinaj z marszu ,,Audition'' i zacieraj złe wrażenia , póki ciepłe 😀
    Potem ,, Ichi the Killer'' i ,, Gozu''.

  • A ja myślałem, że Miike nigdy złego filmu nie nakręcił 🙂 Jak to jest rzeczywiście taki pasztet to masz niezłego anty-farta, bo normalnie to można Takashiemu w ciemno ufać.

    Ja tego jeszcze nie widziałem, ale na pewno sprawdzę, bo pomysł na fabułę jest przezajebisty.

  • Jeszcze się nie zawiodłem na rekomendacjach, więc "Audition" już czeka.

  • Tak jak napisałem, pomysł zajebisty, ale wykonanie… Siedzisz, oglądasz i mruczysz "nie, niech tego nie robią, niech to nie idzie w tą stronę". No ale idzie, w złą stronę, od początku do końca reżyser wybiera złe bramki 🙂

  • Oho, o tym tytule w ogóle nie słyszałem!

  • Jakoś nie potrafię przekonać się do azjatyckiego kina.

    Zupełnie nie udało mi się załapać na miłość do japońskiego horroru, która przetoczyła się przez świat na początku tego wieku. Na dobrą sprawę nie wiem jak ktokolwiek wychowany na filmach jak The Thing, Hellreiser, Exocrist, może ulec azjatyckiej estetyce horroru.

    Druga styczność z tym kinem to chęć rozwiania wątpliwości co do Infiltracji Martina S. Kiedy tylko dowiedziałem się, ze to remake Infrenal Affairs musiałem zobaczyć oryginał. Po seansie dowiedziałem się dlaczego Martin wielkim reżyserem jest i dlaczego ten remake był całkowicie usprawiedliwiony i dopuszczalny.

    Być może to jakaś różnica kulturowa, bo zupełnie nie rozumiem pewnych zabiegów w dokonanych w tym filmie. Dobrym przykładem będzie tu manipulacja światłem. W scenach które mrożą krew w żyłach (w założeniu) kiedy to dochodzi do wymiany zdań między głównymi bohaterami zamiast sprytnie zagrać cieniem… cały plan oświetlony jest jaskrawo wręcz ciepłym słonecznym światłem. W drugim wypadku podczas niezdarnie-romantycznych prób zamiast ocieplenia koloru dla podkreślenia emocji – jaskrawe sztuczne światło a la jarzeniówka.
    Zamiast skupić się na seansie zastanawiałem się ciągle o co chodzi? Gdzie jest drugie dno tego dziwnego balansowania bielą? Co mam przez to rozumieć?

    Drugi zarzut może zabrzmieć nieco rasistowsko… ale nic na to nie poradzę. Za nic w świecie nie mogłem się połapać kto jest kim… początek filmu był dla mnie kompletnie mylący, później kiedy bohaterowie zamienili ciuchy jakoś dawałem radę, jednak pod koniec znów się totalnie gubiłem. Trzech lub czterech aktorów w tym filmie było niesamowicie do siebie podobnych.

    W zasadzie jedyny azjatycki film który jakoś mi się spodobał to Old Boy, ale wyłącznie z powodu jednej sceny. Cudownej, pięknej zrobionej bez zarzutu, jedno-ujęciowej… chodzi oczywiście o walkę z młotkiem w korytarzu. Mistrzostwo świata.
    To nie jest oczywiście słynne jedno-ujęcie w Goodfellas, czy mistrzowskie ujęcie Briana De Palmy w Carrie na balu, ale zawsze to coś. Swoją drogą to zupełnie niedoceniany środek wyrazu…

    Filmy nie oglądałem, raczej nie zamierzam. Z fabuły wynika, że to przedłużona wersja "polowania na księgowego" z Mrocznego Rycerza.

    Jak to możliwe, że z kręgu kulturowego w którym powstają tak genialne filmy animowane… wysiłki fabularne zupełnie rozbiegają się z oczekiwaniami?!

  • Ostatni akapit wymknął się chyba spod kontroli 🙂 Powinno być : rozbiegają się z moimi oczekiwaniami 🙂 Większość opisanego kina azjatyckiego na tym blogu wyprzedziła moje oczekiwania (poza powyższym tytułem i The Countdown). Reszta? Miazga. "Mother", "Chaser" i inne. Minęło parę miesięcy od seansu i pamiętam raczej wszystko (a zgodzisz się że to jedna z ważniejszych rzeczy po pół roku, żeby COŚ pamiętać).

    "I Saw the Devil" polecony przez Simplego w komentarzach? Rozpieprzył mnie, tak napiszę 🙂 a co :). Oglądając kino azjatyckie liczę przede wszystkim na oryginalny scenariusz, w 80% przypadków taki dostałem. Zresztą podchodzenie do remaków zaczyna się i kończy na scenariuszu. Resztę i tak przecież zrobią po swojemu.

    Wątek rasistowski w komentarzu? Spokojnie:) Zapewniam Cie że w drugą stronę wygląda to tak samo. Miałem okazję być w Chinach 3x, i pewnego razu podczas kolacji, jeden z Chińczyków nie mógł uwierzyć że ja i mój kolega z Polski nie jesteśmy braćmi. (ja blady,on śniady. Ja ciemny blond, on brunet. Dwie zupełnie inne osoby :):)

  • A ja się jeszcze nie zabrałem za ten tytuł. Ciągle coś przeszkadza i odwraca uwagę. A to "Pale Flower", a to "Montage", innym razem znowu "White Night" albo coś tak cudownie absurdalnego jak "Black Tight Killers".

  • Zdecydowana większość filmów które oglądam ulatuje po kilku godzinach. Więc faktycznie pamiętać o czymś przez pół roku… znaczy film miał jakieś znaczenie.
    Tak głębiej wchodząc w temat w pamięć wpadają albo arcydzieła – które można we własnej głowie odtworzyć scena po scenie – jak Kasyno, Goodfellas, The Thing wspomniany wcześniej czy dajmy na to Niewinni Czarodzieje.
    Druga rzecz która wpada w głowę to momenty "WTF?!" czyli takie filmy jak np. Torll 2, Machine Girl, Samurai Cop, Black Ninja, R.O.T.O.R., Star Wars I Phantom Manace, Jesus Christ Vampire Hunter…

    Najgorsze co może stać się z filmem to bycie "przeciętnym" albo "całkiem niezłym". Przez tą jakość da się go bardzo szybko zapomnieć, pominąć przywołać może jedną czy dwie szczególne sceny.

    Zapamiętać da się tylko arcydzieła i śmierdzące kupy.

  • To japońszczyzna a nie kino hollywodzkie… więcej dystansu, przymrużenia oka a film świetnie się ogląda…

  • Ależ ja uwielbiam kino azjatyckie. Tutaj było kiepsko.