PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Blue Jasmine

Blue Jasmine - 2013

Woody Allen w najnowszej odsłonie – Blue Jasmine. Na początku słów kilka o moim stosunku do filmów Allena. Nie czekam na nie. Nie wypatruję doniesień o nich. One po prostu przychodzą, jeden po drugim, czasem coraz częściej, czasem nawet za często. Czasu mam mało i ledwo obejrzę jego nowy film, a już się okazuje, że kolejny wchodzi do kin. W przypadku jego obrazów nie ma spektakularnych informacji z planu, fotosów zapierających dech w piersi, teaserów, zwiastunów, które ogląda się na okrągło. Na nowy film reżysera w końcu przychodzi pora. Jest czas premiery i … okazuje się, że to kolejna świetna historia.

Allen uwielbia gmerać swoim reżyserskim palcem w psychice swoich bohaterów. Tak stało się i tym razem. Prowadzi ich ze swoim scenariuszem raz gładką, ładnie oświetloną drogę, by zaraz puścić ich przełajem przez bagna.Główną bohaterką jest Jasmine, czyli Cate Blanchett. Jak pięknie ułożyło się jej w życiu. Pozwolę sobie już na wstępie porównać ją do delikatnego pisklęcia, które nie nauczyło się fruwać. Nie musiało! Wyciągnął ją z matczynego gniazda piękny, dumny książę. Tutaj, niczym dostojny arystokrata, Alec Baldwin. W tej roli rozsiewa swój urok na wszystkich i wszystko wokół. Tak, otacza ją opieką. Tak, obdarowuje ją wszystkim czego zapragnie. Tak, nie jest pierwszą w jego gnieździe. I w końcu, tak, Jasmine zostaje wiecznym nielotem.
blue-jasmine-2
Kończąc tę personifikację głównych bohaterów napiszę, że życie jak zwykle u Allena płata figle i piękna, usłana paryskimi tkaninami droga okazuje się być podszytą tanią, podejrzaną tkaniną ścieżką. Lecz w gnieździe nie wychowała się tylko Jasmine. Jest jeszcze Ginger, czyli Sally Hawkins. Wydaje się, że skierowana na drugi biegun klas społecznych Ginger powinna być bardziej zaradna. Może i jest. Ma przecież pracę, ma dzieci, ma męża. No dobra, męża miała. Ginger w odróżnieniu od Jasmine ma mało. Mało pieniędzy, mały metraż, mało ciuchów. Ale w odróżnieniu od siostry, wie co ma. Figli ciąg dalszy. Jasmine jest zmuszona przez życiowe zawieruchy do zamieszkania z siostrą. Oprócz tego, że los wybrał dla naszych bohaterek zgoła inne drogi życiowe wydaje się, że to nie tylko los poróżnił kobiety. Allen próbuje pokazać, według mnie, że różnicę międzyludzkie nie zaczynają się na etapie wychowania i wyborów. Pojawiają się dużo wcześniej. Według twórcy to sprawa genów. Trzeba wiedzieć, że obie siostry były zaadoptowane przez swoją rodzinę. Także nie wiążą ich więzy krwi. Są zupełnie innymi osobami i to widać na każdym życiowym zakręcie. Zresztą jedna ciągle o tym wspomina. Oczywiście geny mają tu małe znaczenie. Ma się takie, a nie inne. Według mnie nie ma dobrych i złych genów, bo każdy może zostać każdym i dojść do wszystkiego. Tym bardziej, że obie siostry „start” miały równy. To tylko sprawa wyborów, odwagi, determinacji i celów. Gdy Jasmine pali się grunt pod nogami, przychodzi załamanie nerwowe. I o ile na początku nasza bohaterka według mnie gra swoją „chorobą” na otoczeniu, to później przychodzą prawdziwe kłopoty dla psychiki. Wraz z nimi ta najgorsza z możliwych, bo dotykająca ludzkiego umysłu przypadłość. Allen, jak  już wspomniałem, w swoim najnowszym filmie nie daje szans na happy end. Scenarzysta wtyka kupon z wygraną na loterii głównej bohaterce, by za chwilę go wyrwać ze złowieszczym grymasem na twarzy. Wprowadzenie w stan schizofrenii głównej bohaterki, przebiega tu niczym powolny wjazd pociągiem w tunel. Oprócz genialnie prowadzonych ról kobiecych, na planie niczym Rockefeller przechadza się Alec Baldwin. Najzdolniejszy z klanu Baldwinów tutaj udowadnia tylko swoją klasę.Wypada świetnie i, co najważniejsze, naturalnie w scenach, gdy owija sobie wokół małego palca Jasmine i wszystkich wokół. Mi najbardziej podobały się sceny, gdy na jaw wychodzą wszystkie grzeszki Hal’a. Ten z młodzieńczą naiwnością próbuje wytłumaczyć, że „to jest coś innego, to jest prawdziwe uczucie”. Woody Allen zawsze wydobywa z aktorów to co najlepsze, lubi też obsadzać w swoich filmach, skądinąd ambitnych aktorów, dotąd niekojarzonych z takim kinem (choć prawda to, że w scenariuszu dostają role, w których zapewne czują się najlepiej). I tak na przykład mamy Louisa C.K, w roli kolejnego bawidamka, roztaczającego swój urok, niczym fajny chłopak z sąsiedztwa.

blue-jasmine1

Jest Andrew Dice Clay znany z … no właśnie mało znany, a być powinien, szczególnie po tej roli. Peter Saesgard wyciągający do naszego zranionego pisklęcia dłoń, by zaraz z przerażeniem ją cofnąć. Wisienką na torcie jest Bobby Cannavale, pamiętny Joe Oramas z Dróżnika, tutaj w tak typowej dla siebie „do rany przyłóż” roli. Allen serwuje więc kolejny koktajl wypełniony świetnymi dialogami, scenami, aktorami. Wszystko podane z widmem schizofrenii w tle. Określając i starając się zamknąć tytuł w jednym słowie mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć „komedio-dramat”. Świetny film, jednak nie wybijający się ponad resztę allenowskich dokonań. Ot, kolejna rzetelnie opowiedziana historia. Na Oscara za mało.

7/10 - dobry

Czas trwania: 98 min
Gatunek: Komedia, Dramat
Reżyseria: Woody Allen 
Scenariusz: Woody Allen 
Obsada: Cate Blanchett, Alec Baldwin, Sally Hawkins, Bobby Cannavale, Peter Sarsgaard, Andrew Dice Clay, Louis C.K.

Zdjęcia: Javier Aguirresarobe

Muzyka: Christopher Lennertz

  • Angelika19

    Oglądałam, film daje dużo do myślenia. Uwielbiam Woodyego, ale ostatnie rewelacje na jego temat trochę zniechęcają do jego twórczości. Ja sama nie mogę się doczekać filmu: Tylko kochankowie przeżyją Tylko kochankowie przeżyją . Zapowiada się super!

  • Na szczęście za film nikt go nie nominował. Mnie trochę zmęczył, ale ja się chyba z Allenem nie lubię – nie trafia do mnie jego kino. Zazwyczaj sobie myślę – nawet fajna historia, ładne i dobre aktorki, ale… patrzyłam na zegarek ile jeszcze do końca. Tu też tak było.

  • A moim zdaniem to oscarowa rola Cate, sam film może nie, ale Blanchett zagrała przepięknie i tak się wcieliła w postać, że nie widziałam aktorki, tylko właśnie Jasmine. Film też mi się podobał, jest bardzo prawdziwy w odniesieniu do mojego pokolenia kobiet, które najczęściej właśnie z domu rodzinnego przechodzą pod skrzydła mężczyzny, a ten sprawuje swoje rządy, a one klapki na oczach, widziałam to wielokrotnie, sama też po części taka byłam.

  • Z Allenem jest o tyle źle, że miesza swietne filmy z kompletnymi gniotami… Co gorsza wielu krytyków jedzie na opinii polecając w jego filmografii nie to co warto obejrzeć.
    Nie tak dawno w paśmie ukazało się kilka allenowo-miastowych filmów. Barcelona, Paryż, Rzym… itd. Wszystkie nic nie warte. Kilka z nich szukało krytyków. Ja mam wrażenie ze Woody po prostu chciał zrobić sobie wakacje. Odwiedzić kilka fajnych miejsc za friko dzięki producentom, a przy okazji nagrać 1,2… no może 5 filmów.
    Jak mówi powiedzonko: jesteś tak dobry jak twoj ostatni film. Na szczęście ostatnim filmem Allena była Blue Jasmin.

    Zgadzam się – nie oskarowy. Jednak z jak już ktoś wspomniał z oskarową kreacją. Cate musi wygrać. Meryl ma dość. Grawitacja nie może dostać więcej niż jednego oskara. Amy się nie zalapie.

  • Rzymu nie widziałem. Barcelonę wspominam miło (chociaż pamiętam mało :), ale za to "O północy w Paryżu", było genialne. Wilson u Allena brylował, a sam Oscar za oryginalny scenariusz w pełni zasłużony (moim zdaniem). Przez cały seans uśmiech nie schodził mi z twarzy :).

  • Dokładnie. Jakaś taka feministyczna cząstka się we mnie obudziła po seansie 🙂 U mnie w domu jest równy podział obowiązków, tym bardziej że żona przynosząc do domu więcej pieniędzy ma pakiet większościowy, więc nie podskakuję :):)

  • "Only lovers left alive", koniecznie do obejrzenia. Tylko trzech tytułów brakuje mi do zamknięcia filmografii Jarmusha. W tym właśnie najnowszej opowieści o wampirach 🙂

  • Niepokojące plotki na temat Allena obiegły ostatnio świat, ale skupmy się na jego twórczości. Zawsze szanowałem jego filmy. Chodziłem na nie ze świadomością, że zobaczę coś fajnego, oryginalnego i zabawnego. Nigdy się nie zawiodłem. Po przeczytaniu biografii Allena, nabrałem szacunku również do niego jako artysty. To wartościowy reżyser, nawet jeżeli sobie pogrzeszył.

    Zgadzam się z argumentami w recenzji i podzielam ocenę końcową "Blue Jasmine". Film trzyma poziom, ale nie znam się na kinematografii aż tak bardzo, by snuć jakiekolwiek przypuszczenia dotyczące Oscarów. Ot, taki zwyczajny ze mnie widz 😉

  • Mi też się film podobał i ogólnie raczej lubię filmy Allena, ale jeśli chodzi o pro-kobiece czy feministyczne przesłanie, to Blue Jasmine wydaje mi się trochę problematyczne.

    Bohaterka, którą gra Cate Blanchett jest postawiona przed wyborem: może żyć wygodnie pod opieką Baldwina ze świadomością, że sypia z innymi (Baldwin proponuje, że się nią zajmie kiedy ta go konfrontuję) albo się zbuntować. Ale ten bunt nie jest przedstawiony jako jakąś emancypacja, ale jako bardzo nieprzemyślany atak kamikaze, którym Blanchett niszczy nie tylko Baldwina, ale też samą siebie i swoich bliskich. Syn Baldwina, który na końcu filmu ma sklep z używanymi gitarami. Małżeństwo swojej siostry – jeśli dobrze rozumiem – to rozpadło się, gdy stracili pieniądze, które wygrali na loterii, a stracili je, bo skonfiskowała je policja, a nie w wyniku szemranych interesów Baldwina. Samobójstwo Baldwina. Cała sytuacja jest wynikiem tego, że Blanchett poszła na policję. Wydaje mi się, że złośliwość i cynizm tego filmu polega na tym, że tak jakby promuje konformizm. Życie wszystkich byłoby lepsze, gdyby Blanchett przymknęła oczy na romanse męża, tak jak przymykała na jego interesy. Sally Hawkins jest w trochę podobnej sytuacji. Nie jest na tyle szczęśliwa z Cannavalem, żeby nie wdać się w romans z C.K.-em, ale gdy okazuje się, że jest żonaty, wraca do Cannavale, bo to lepsze, niż nic – wybiera konformizm. Sporo mi się podobało w tym filmie, ale to o czym opowiada trochę mnie skonsternowało… Zwłaszcza że Woody broni się przed oskarżeniami Mii Farrow twierdząc, że jej oskarżenia wynikają z zazdrości, bo zostawił ją dla jej adoptowanej córki.

  • Tak jak napisałeś. Dla wszystkich w tym filmie najważniejsze jest bezpieczeństwo i spokój. Allen pokazuje jak tragiczni są jego bohaterowie, którzy tak naprawdę nie wiedzą co to jest uczucie. A jak już poddają się namiętności, i zaczynają choćby kierować swoje myśli ku romantycznym widokom (jak Sally Hawkins), dostają strzał w twarz i uciekają z podkurczonym ogonem do swojej budy.

  • Spokojnie 🙂 nie trzeba być znawcą kinematografii, żeby ocenić film 🙂 Najważniejsze czy się podobał, czy nie. Biografii nie czytałem, na temat doniesień się nie wypowiadam. Nie czytałem akt 🙂

  • Nie należę do grona fanów Allena, a raczej wprost przeciwnie – mało który jego film jest dla mnie lekkostrawny. "Blue Jasmine" obejrzałam tylko i wyłącznie ze względu na oscarowe nominacje. Niestety, nie potrafię podzielić zdania entuzjastów gry Blanchett. Mam takie silne wrażenie, że Allen tworzy z aktorów jakieś roboty i przekalkowuje je z filmu do filmu. Męczy mnie ten przegadany styl i nadal nie potrafię wczuć się w jego klimat.
    Słyszałam, że widzów można podzielić tylko na dwie grupy: całkowitych fanów i całkowitych antyfanów Allena – i chyba coś w tym jest, bo jeszcze nie poznałam osoby, która ma nijaki stosunek do tego reżysera 🙂
    Pozdrawiam! 🙂